To byłoby najlogiczniejsze posunięcie po środowym głosowaniu, w wyniku którego nie dojdzie w tym posiedzeniu do pierwszego czytania projektu ustawy o związkach partnerskich.
Nie, nie dlatego, że nie zgadzają się na wprowadzenie alternatywnej do małżeństwa formy prawnego uregulowania związku dwóch dorosłych osób. Nie dlatego, że nie zgadzają się na zawarcie przez pary homoseksualne związku ważnego w świetle prawa.
Tu w ogóle nie chodzi o zgodę na związki
partnerskie, nie tego dotyczyło głosowanie z 17 grudnia. Chodzi o posłów i
posłanki, którzy odmawiają wykonywania swojej pracy – misji, do której my ich
wybraliśmy i wybrałyśmy. Wszystkich, którzy głosowali przeciw dyskusji (czyt. przeciw
rozpoczęciu dyskusji) – a więc przeciw podstawowemu obowiązkowi
parlamentarzystów – należy zapytać, kiedy zrzekną się mandatów, bo odmawiając
wykonywania obowiązków, powinni to uczynić, aby pozostać uczciwymi wobec
wyborców. Wybraliśmy ich po to, by zabierali głos z sejmowej mównicy. Jeśli
rezygnują z tego przywileju (bo jest ogromnym przywilejem, wypowiadać się w
imieniu 38 milionów Polaków i Polek i zabiegać o to, by żyło im się coraz
lepiej), to należy się spodziewać, że zrezygnują z mandatu poselskiego.
Polska nie potrzebuje i nie chce
byle jakich posłów i posłanek, którzy boją się zarówno cudzych, jak i własnych
opinii. Polska nie jest prywatnym folwarkiem parlamentarzystów, a „dobrem
wspólnym wszystkich obywateli” – art. 1. Konstytucji RP. Jako wyborcy,
obywatele, Polacy, mamy prawo czuć się oszukani. Posłaliśmy do Sejmu grupę
ludzi, powierzając im ważną misję, a oni z tej misji i z nas ordynarnie kpią.