„Wolność jednych kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugich” – głosi słynne powiedzenie, które cytuje się w zasadzie jako definicję wolności. W demokracji najważniejszą z wolności jest wolność wyboru. To podstawowe prawo ustroju demokratycznego dotyczy nie tylko wyboru władz, ale każdej sfery życia politycznego, społecznego i osobistego.
Próba odebrania ludziom tego
prawa powinna niepokoić nas w stopniu najwyższym jako zbrodnia przeciwko
demokracji, a państwo, które się tego dopuszcza, nie może dłużej nazywać się
demokratycznym.
Państwo, które chce stać się
sumieniem i jedynym zarządcą obywateli pozbawionych wyboru, a co za tym idzie
prawa do decydowania o sobie, o swoim losie, to wizja, która w Europie XXI
wieku nie powinna mieć prawa bytu nawet w rozważaniach teoretycznych. Tymczasem
rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ustaje w dążeniu do realizacji takiej
polityki. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, bo przecież na długo przed
zeszłorocznymi wyborami Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy (nie tylko z PiSu)
wypowiadali się w tonie sugerującym chęć ograniczenia, czy wręcz odebrania innym
prawa wyboru. I nie chodziło tylko o aborcję. Nawet w sprawie tak błahej jak
Eurowizja Beata Kempa domagała się zakazu emisji koncertu w telewizji
publicznej, bo ona nie życzyła sobie oglądać Conchitę Wurst. Niby nic, a jednak
prawo do zmiany kanału było przez parę tygodni tematem rozpalającym polską
politykę.
Niedawny pomysł uniemożliwienia
polskim obywatelom zawarcia jednopłciowego związku w krajach, które wprowadziły
do swych systemów prawnych takie rozwiązania, idzie w tym samym kierunku. Nie inaczej jest z ograniczeniami
w dostępie do antykoncepcji (pigułka „dzień po”) i z pomysłem całkowitego
zakazu aborcji, wspieranym przez rząd
To wszystko bardzo poważnie
narusza nasze prawo wyboru, a więc naszą demokrację.
W imię czego? Na jakim ołtarzu
poświęcone zostanie zdrowie i życie kobiet oraz ich godność? W obronie płodów –
przepraszam – „dzieci nienarodzonych” (bo tak teraz nazywa się ten bezkształtny
zlepek komórek w pierwszych tygodniach ciąży, który do końca trzeciego miesiąca
nie ma nawet w pełni ukształtowanej tkanki kostnej, ani nawet własnej krwi, bo
jego szpik jeszcze jej nie produkuje)? W obronie prawa do życia dzieci, o
których i tak wiadomo, że nie przeżyją narodzin? Bo kobieta jest przydatna
jedynie jako inkubator, więc niech rodzi, choćby miała przy tym umrzeć? Bo nie
została dość skrzywdzona przez gwałciciela? Niech ma w dziecku żywą pamiątkę po
oprawcy!
W imię czego? – pytam. Spokoju
sumienia biskupów i Jarosława Kaczyńskiego, których przecież ten problem nigdy
nie dotknie bezpośrednio? Cóż jak nie podłość pcha niektóre kobiety do
popierania tych poczynań?
Faktem jest, że nigdy w pełni nie
zrozumiem, jak czuje się kobieta stojąca przed dylematem aborcji, więc nie mam
zamiaru mądrzyć się na ten temat.
Jednakże bojąc się o moje
demokratyczne prawa, nie rozumiem, dlaczego indywidualne sumienie każdego z nas
próbuje się zastąpić zbiorowym sumieniem polityków i episkopatu. Rozumiem
oczywiście, wynikającą z wiary troskę o życie poczęte, ale wiara jednych nie
może być obowiązkiem tych, którzy jej nie podzielają. W przeciwnym razie bardzo
zbliżymy się do państw wyznaniowych, muzułmańskich, od których odżegnują się
nawet zwolennicy obozu rządzącego.
Wyjątkowo obłudnie brzmią w tym
kontekście zapewnienia prezydenta Dudy i premier Szydło, że z polską demokracją
nie dzieje się nic złego. W rzeczywistości bowiem rząd rości sobie prawo do
podejmowania decyzji za obywateli w ich osobistych, prywatnych sprawach, jakby
wygrana w wyborach i pretekst większości uprawniały do odebrania nam
indywidualnego prawa do samostanowienia.
Każda próba odebrania
społeczeństwu wolnej woli i prawa wyboru uderza więc bezpośrednio w samo serce
naszej demokracji.
Jeśli kobiety i mężczyźni nie
mogą sami decydować o tym, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci, jeśli odbiera się
kobietom możliwość decydowania o własnym ciele, to jak mają decydować o
sprawach wagi państwowej, na przykład podczas wyborów prezydenckich lub
parlamentarnych?
Obecne prawo, błędnie nazywane
„kompromisem” – decyzję podjęli politycy z biskupami, kobiet nikt nie pytał o
zdanie – jest wyjątkowo restrykcyjne. Proponowane zmiany cofną nas jednak
bardzo realnie o ponad 100 lat, do czasów, w których kobiety pozbawione były praw
wyborczych.
Jest to o tyle wymowne, że
wsparciem dla tej polityki i jej podżegaczem jest Kościół, którego stosunek do
kobiet wyraża się między innymi w twierdzeniu, że powinny być poddane
mężczyznom. Nikt nie powinien się chyba dziwić, że w końcu doszło do sprzeciwu,
jak tego wyrażonego przez Annę Zawadzką jej ostentacyjnym wyjściem ze świątyni.
Nie ma się co bulwersować, że
zbezczeszczono miejsce święte, gdyż to kościelna hierarchia najpierw zaczęła
się wtrącać do świeckiej polityki, a potem wprowadziła ją do kościołów,
naruszając zarówno porządek sacrum jak i profanum. Kłopot w tym, że polityka w
demokracji opiera się między innymi na debacie, a Kościół nigdy nie był
instytucją demokratyczną i dyskusja jest w nim praktyką zupełnie obcą. Stąd oburzenie
na protest wobec słów biskupów.
Skoro jednak Kościół postanowił
grać w politykę, to powinien zaakceptować jej zasady i otworzyć się na dyskusję
na swoim łonie. Może pomogłoby to rządowi w przekonywaniu (bardziej chyba
siebie niż nas), że demokracja ma się w Polsce dobrze?