niedziela, 17 kwietnia 2016

Prawo do aborcji a sprawa polskiej demokracji



„Wolność jednych kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugich” – głosi słynne powiedzenie, które cytuje się w zasadzie jako definicję wolności. W demokracji najważniejszą z wolności jest wolność wyboru. To podstawowe prawo ustroju demokratycznego dotyczy nie tylko wyboru władz, ale każdej sfery życia politycznego, społecznego i osobistego.


Próba odebrania ludziom tego prawa powinna niepokoić nas w stopniu najwyższym jako zbrodnia przeciwko demokracji, a państwo, które się tego dopuszcza, nie może dłużej nazywać się demokratycznym.

Państwo, które chce stać się sumieniem i jedynym zarządcą obywateli pozbawionych wyboru, a co za tym idzie prawa do decydowania o sobie, o swoim losie, to wizja, która w Europie XXI wieku nie powinna mieć prawa bytu nawet w rozważaniach teoretycznych. Tymczasem rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ustaje w dążeniu do realizacji takiej polityki. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, bo przecież na długo przed zeszłorocznymi wyborami Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy (nie tylko z PiSu) wypowiadali się w tonie sugerującym chęć ograniczenia, czy wręcz odebrania innym prawa wyboru. I nie chodziło tylko o aborcję. Nawet w sprawie tak błahej jak Eurowizja Beata Kempa domagała się zakazu emisji koncertu w telewizji publicznej, bo ona nie życzyła sobie oglądać Conchitę Wurst. Niby nic, a jednak prawo do zmiany kanału było przez parę tygodni tematem rozpalającym polską politykę.

Niedawny pomysł uniemożliwienia polskim obywatelom zawarcia jednopłciowego związku w krajach, które wprowadziły do swych systemów prawnych takie rozwiązania, idzie w tym samym kierunku. Nie inaczej jest z ograniczeniami w dostępie do antykoncepcji (pigułka „dzień po”) i z pomysłem całkowitego zakazu aborcji, wspieranym przez rząd

To wszystko bardzo poważnie narusza nasze prawo wyboru, a więc naszą demokrację.

W imię czego? Na jakim ołtarzu poświęcone zostanie zdrowie i życie kobiet oraz ich godność? W obronie płodów – przepraszam – „dzieci nienarodzonych” (bo tak teraz nazywa się ten bezkształtny zlepek komórek w pierwszych tygodniach ciąży, który do końca trzeciego miesiąca nie ma nawet w pełni ukształtowanej tkanki kostnej, ani nawet własnej krwi, bo jego szpik jeszcze jej nie produkuje)? W obronie prawa do życia dzieci, o których i tak wiadomo, że nie przeżyją narodzin? Bo kobieta jest przydatna jedynie jako inkubator, więc niech rodzi, choćby miała przy tym umrzeć? Bo nie została dość skrzywdzona przez gwałciciela? Niech ma w dziecku żywą pamiątkę po oprawcy!
W imię czego? – pytam. Spokoju sumienia biskupów i Jarosława Kaczyńskiego, których przecież ten problem nigdy nie dotknie bezpośrednio? Cóż jak nie podłość pcha niektóre kobiety do popierania tych poczynań?

Faktem jest, że nigdy w pełni nie zrozumiem, jak czuje się kobieta stojąca przed dylematem aborcji, więc nie mam zamiaru mądrzyć się na ten temat.

Jednakże bojąc się o moje demokratyczne prawa, nie rozumiem, dlaczego indywidualne sumienie każdego z nas próbuje się zastąpić zbiorowym sumieniem polityków i episkopatu. Rozumiem oczywiście, wynikającą z wiary troskę o życie poczęte, ale wiara jednych nie może być obowiązkiem tych, którzy jej nie podzielają. W przeciwnym razie bardzo zbliżymy się do państw wyznaniowych, muzułmańskich, od których odżegnują się nawet zwolennicy obozu rządzącego.

Wyjątkowo obłudnie brzmią w tym kontekście zapewnienia prezydenta Dudy i premier Szydło, że z polską demokracją nie dzieje się nic złego. W rzeczywistości bowiem rząd rości sobie prawo do podejmowania decyzji za obywateli w ich osobistych, prywatnych sprawach, jakby wygrana w wyborach i pretekst większości uprawniały do odebrania nam indywidualnego prawa do samostanowienia.

Każda próba odebrania społeczeństwu wolnej woli i prawa wyboru uderza więc bezpośrednio w samo serce naszej demokracji.

Jeśli kobiety i mężczyźni nie mogą sami decydować o tym, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci, jeśli odbiera się kobietom możliwość decydowania o własnym ciele, to jak mają decydować o sprawach wagi państwowej, na przykład podczas wyborów prezydenckich lub parlamentarnych?

Obecne prawo, błędnie nazywane „kompromisem” – decyzję podjęli politycy z biskupami, kobiet nikt nie pytał o zdanie – jest wyjątkowo restrykcyjne. Proponowane zmiany cofną nas jednak bardzo realnie o ponad 100 lat, do czasów, w których kobiety pozbawione były praw wyborczych.

Jest to o tyle wymowne, że wsparciem dla tej polityki i jej podżegaczem jest Kościół, którego stosunek do kobiet wyraża się między innymi w twierdzeniu, że powinny być poddane mężczyznom. Nikt nie powinien się chyba dziwić, że w końcu doszło do sprzeciwu, jak tego wyrażonego przez Annę Zawadzką jej ostentacyjnym wyjściem ze świątyni.

Nie ma się co bulwersować, że zbezczeszczono miejsce święte, gdyż to kościelna hierarchia najpierw zaczęła się wtrącać do świeckiej polityki, a potem wprowadziła ją do kościołów, naruszając zarówno porządek sacrum jak i profanum. Kłopot w tym, że polityka w demokracji opiera się między innymi na debacie, a Kościół nigdy nie był instytucją demokratyczną i dyskusja jest w nim praktyką zupełnie obcą. Stąd oburzenie na protest wobec słów biskupów.

Skoro jednak Kościół postanowił grać w politykę, to powinien zaakceptować jej zasady i otworzyć się na dyskusję na swoim łonie. Może pomogłoby to rządowi w przekonywaniu (bardziej chyba siebie niż nas), że demokracja ma się w Polsce dobrze?