Dawno nie napisałem niczego nowego. Każdy kolejny dzień obfituje w coraz bardziej absurdalne wydarzenia i zwyczajnie nie nadążam z komentowaniem. Koniec 2015 i początek 2016 roku to żywa realizacja moich przewidywań z roku 2014. Wówczas pisałem w kontekście kampanii, a dziś jednomyślna jednowładza stała się rzeczywistością. (A przynajmniej próbuje nad naszą rzeczywistością zapanować).
Ta nowa władza ma jednak problem z widzeniem i interpretowaniem rzeczywistości. Władza zapomniała, że nawet wygrana w wyborach (zwłaszcza przy tradycyjnie niskiej frekwencji) nie gwarantuje pełnego społecznego poparcia, choć podobno to właśnie owo poparcie popycha rząd Prawa i Sprawiedliwości do kolejnych kontrowersyjnych działań i wypowiedzi.
Brak faktycznego poparcia nie
jest oczywiście dla PiSu żadnym problemem. Wszelkie słowa krytyki pod swoim
adresem partia rządząca komentuje niezmiennie jako zdradę lub tęskne pokrzykiwania
oderwanych od koryta, co zresztą na
jedno wychodzi. Kłopot w tym, że jakakolwiek inna narracja obnażyłaby słabość
PiSu. 8 lat rządów Platformy Obywatelskiej i polsko-polskiej wojny o władzę
doprowadziły bowiem do przedziwnej sytuacji, w której demokratyczny pluralizm,
o który Polki i Polacy walczyli do roku 1989, zastąpiono dwiema partiami
prawicowymi, gdzie lewica została zmarginalizowana (co dobitnie pokazały
ostatnie wybory), a opozycję dla prawicowego rządu stanowi… prawica. To dzięki
tej polaryzacji PO wygrywała kolejne wybory (straszenie PiSem). Tylko ten dualizm
sprzyja mitowi założycielskiemu obecnego rządu o powszechnym poparciu, bo Kto nie jest z PiSem, ten jest za powrotem
skorumpowanej Platformy, bo pewnie sam też jest skorumpowany. Stąd bardzo
blisko do genów zdrady i opowieści o oderwanych od koryta. To dlatego właśnie
politycy partii rządzącej przekonują, że i Nowoczesną, i Komitetem Obrony
Demokracji sterują politycy Platformy Obywatelskiej i nigdy nie przyznają, że
istnieją inne partie polityczne lub niezależne ruchy społeczne. A przynajmniej
nigdy nie uznają ich za pełnoprawnych uczestników polskiego życia politycznego.
Nawet gdy Marek Magierowski z
Kancelarii Prezydenta, wspierany przez Jacka Sasina, zapewniał u Moniki Olejnik,
zresztą zgodnie z prawdą, że nie ma
czegoś takiego jak prawica, mówiąca jednym głosem, to trudno odebrać to
jako zaakceptowanie pluralizmu w polskiej polityce. Ta sama prawica utożsamia
bowiem całą lewicę z komunistami, podsycając przy każdej okazji historyczne
urazy i wymazując tym samym z powszechnej świadomości jakąkolwiek alternatywę
dla PiSu i PO.
Choć brzmi to dość abstrakcyjnie,
wydaje się, że jest to bardzo świadomie prowadzona gra psychologiczna, która ma
doprowadzić do całkowitego jednowładztwa. Po mentalnym wyeliminowaniu lewicy,
przyjdzie kolej na ostateczne zdyskredytowanie Platformy Obywatelskiej, co
ostatecznie usankcjonuje niekontrolowane rządy Prawa i Sprawiedliwości, w imię
hasła Wola partii wolą narodu, bo
przecież innej partii nie będzie.
Sprawa Trybunału Konstytucyjnego
służy zresztą temu samemu: zlikwidowaniu kontroli nad poczynaniami władzy.
Jarosław Kaczyński zapowiedział już nawet, że kolejnych orzeczeń Trybunału,
czy, jak powiedział, opinii, uznawał
nie będzie. Zagroził też sądem Beacie Szydło, jeśli ta jednak doprowadzi do
publikacji wyroku z 9 marca, gdyż, jego i PiSu zdaniem, został on uchwalony
niezgodnie z prawem, czyli z ustawą PiSu, którą Trybunał uznał za niezgodną z
Konstytucją. Politycy partii rządzącej powtarzają przy tym jak mantrę hasło o domniemaniu konstytucyjności. A gdzie
było domniemanie konstytucyjności, gdy Prezydent Duda odmawiał, bo partii
wydawało się, że zostali wybrani w sposób niewłaściwy, zaprzysiężenia sędziów
wybranych w poprzedniej kadencji Sejmu?
Śmiało można więc powiedzieć, że
z dniem przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, prawo przestało w Polsce
obowiązywać. Liczą się odtąd tylko jednostkowe opinie prezesa. Zresztą, zawsze
liczył się tylko prezes. Prawo i Sprawiedliwość nie jest wcale partią ideową,
za jaką oficjalnie chce uchodzić. To partia kultu jednostki. Widać to bardzo
wyraźnie podczas kolejnych miesięcznic katastrofy smoleńskiej. Jest rzeczą
absolutnie odrażającą, że tragedię prawie setki ludzi i ich rodzin od sześciu
lat, co miesiąc zamienia się w spektakl jednego zawistnego i żądnego władzy
człowieka. Nikt tak bardzo nie hańbi pamięci ofiar, jak Jarosław Kaczyński, bo,
oglądając jego wystąpienia, ma się wrażenie, że te comiesięczne uroczystości
organizowane są tylko dla niego. Choć może nie on jest temu winny, a ci, którzy
mu na to pozwalają. W najbliższą rocznicę, 10 kwietnia, ma ich być podobno
milion. W tym momencie nic nie zasmuca mnie bardziej.
W 2014 roku pisałem, że Polacy
nie rozumieją demokratycznych wartości, wolności i równości, bo polską dewizą
jest Bóg, honor, ojczyzna, a Boga
demokratyczne zasady i świeckie prawo nie obowiązują. Teraz odnoszę wrażenie,
że to Jarosław Kaczyński chce być tym bogiem. Obawiam się też, że kolejny 10
kwietnia tylko go w tym utwierdzi.