Zaczynam trochę archiwalnie. Poniższy tekst zakiełkował we mnie kilka miesięcy temu, w czasie kampanii i wyborów do Parlamentu Europejskiego, a ostatnią kropkę postawiłem w nim latem (dlatego jest taki długi), po kumulacji dziwów nad Wisłą. Niedawna kampania samorządowa pokazała, że jest on wciąż aktualny i z pewnością będzie również w czasie przyszłorocznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych.
Kampanie wyborcze są dobrą okazją
do poznania i porównania poglądów polityków w sposób bardzo intensywny, choć
polskie media właściwie codziennie nam taką możliwość dają. Bez trudu
dostrzeżemy w czasie licznych debat i dyskusji różnice między partiami,
zwłaszcza różnice w dyskursie. Warto wsłuchać się nie tylko w to co mówią, ale
też jak mówią.
Politycy różnych ugrupowań
powinni się różnić, jeśli system ma być wielopartyjny. Powinni mieć różne
poglądy, zwłaszcza polityczne (w końcu nomen omen…). Tymczasem podział na prawicę
i lewicę w Polsce ukształtował się wokół spraw obyczajowych, czy tzw. kwestii
światopoglądowych (które nie są wcale mniej ważne od innych). To one przecież
najbardziej rozpalają emocje naszych polityków (ku uciesze słupków
oglądalności), a nie gospodarka, polityka zagraniczna, czy choćby problem
bezrobocia. Doskonale ujawniła to kampania wyborcza do europarlamentu, w której
nawet nie mówiło się o Europie w kontekście politycznym, za to o Eurowizji,
która z Unią Europejską nie ma przecież nic wspólnego, jak najbardziej.
To właśnie konkurs piosenki
zawładnął w Polsce końcówką kampanii europejskiej. Przedstawiciele niemal każdej
strony sceny politycznej poczuli się w obowiązku zabrać głos na temat
zwyciężczyni konkursu i tego, czy reprezentuje ona „naszą”, czyli ich, Europę,
czy takiej Europy „chcemy”. Już samo to dotyka dość problematycznej kwestii
reprezentacji. Bo jeśli Conchita reprezentuje Europę, a Polska, lub
przynajmniej jej część, również chce w Europie być, to czy Austriaczka jest
także naszą reprezentantką? I, co ważniejsze, czy jest to godna reprezentacja?
Czy drag queen ma w ogóle prawo nas wszystkich reprezentować? Czy są obywatele
lepsi i gorsi (w tym wypadku ci, którzy wpisują się w tradycyjny model
heteronormy i pozostali), mający prawo godnie reprezentować Polskę i ci, którym
tego prawa się odmawia, sadzając „w ostatnich ławach, najlepiej za murem”, jak
chciałby pewien były prezydent?
Dyskurs ten sięga oczywiście dużo
głębiej i wiąże się przede wszystkim z wszechobecną i wiecznie żywą narracją
„my” i „oni”. Nie jest to już jednak historia z gatunku „my stoimy tu, a oni
tam”, modna kilka lat temu, nawet nie „my tu, a oni już do nas idą”. Oto wielkie
niebezpieczeństwo zdaje się wisieć nad ojczyzną, musi być zatem przedstawiane w
sposób wyjątkowo dramatyczny, aby wzbudziło pożądane pokłady strachu. Część
polityków i niektóre media mówią więc: „my jeszcze tu jesteśmy, ale już
niedługo, bo oni zaraz nas zastąpią”. Miejsca na pluralizm w tej narracji nie
ma. Jest albo-albo. Albo my, obrońcy wiary, tradycji, narodu, wszystkiego co
nasze, co znane, co przez 123 lata było nam odebrane, a potem ciemiężone; albo
oni, obcy, ci sami przecież, którzy naszą naszość nam odebrali, a potem
ciemiężyli. Wybór jest zatem między naszą wolnością, a obcą niewolą. Znowu. I
wybór ten dokonuje się teraz.
W pewien perwersyjny sposób ten
nowy dyskurs przemówił do wielu, po latach wojny polsko-polskiej. Nie ma już
przecież rozłamu na Polskę solidarną i liberalną. Politycy stojący kiedyś po
dwóch stronach barykady, swobodnie dziś przez nią przechodzą (przeskakują przez
płot, tylko że ten płot jest już bardziej wyobrażeniowy) w jedną bądź drugą
stronę. Polska jest jedna – katolicka i ta Polska się jednoczy wobec
zewnętrznego wroga, który nadchodzi, by zniszczyć to, co Polscekatolickiej
drogie. Ileż razy słyszeliśmy o „obcej ideologii gender”? Równie obcej, co
marksizm, a skoro tak, to to na pewno to samo. Obca jest przecież tęcza, bo
polskie są barwy biało-czerwone i takie powinny stanąć na Placu Zbawiciela, bo i
Zbawiciel jest nasz. Obcy jest homoseksualizm, którego „kiedyś w Polsce nie
było”, a który przypałętał się z zepsutego zachodu, by, jak tam, zniszczyć
rodzinę. Obca jest Conchita Wurst, która marzy pewnie, jak jej niesławny rodak
sprzed siedemdziesięciu lat, tylko o tym, by Polskękatolicką z map usunąć. A
jakby narodowość nie była wystarczającym podobieństwem, to obie postaci są
rozpoznawalne po charakterystycznym zaroście na twarzy (brodzie u jednej,
wąsiku u drugiej). Obca jest „Golgota Picnic” i jej wywrotowe treści,
demaskujące fasadową religijność (taką polskokatolicką). Ach! Nie ma się co
dziwić – Argentyna to przecież kraj rewolucyjny, komunistyczny, z natury
antykatolicki, a więc antypolski. Obcy jest zatem i Franciszek – Argentyńczyk –
bo to nie jest już „nasz” papież. W dodatku mówi o ubóstwie księży, o otwarciu
Kościoła na tych, których dotąd z niego wykluczano, a to nie jest zgodne z
polską tradycją. Obcy są podsłuchujący naszych polskich polityków Rosjanie. A
nawet jeśli nie są obcy, to gdzieś w tle afery jest obcy, rosyjski węgiel…
Czy to nie jest mroczna wizja?
Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by na to pozwolił? Oburzenie, poruszenie
i zacieśnianie szeregów są jak najbardziej prawidłowymi reakcjami obronnymi
wobec obcej inwazji. Lub raczej byłyby, gdyby zagrożenie było rzeczywiste. Bowiem
wbrew tym mrożącym krew w żyłach opowieściom, których jedynym celem jest chyba wywołanie
nieuzasadnionej paniki, nie ma żadnych ideologów gender, którzy będą masowo
przerabiać „naszych” chłopców w dziewczynki i odwrotnie. Nie ma
homoseksualistów, którzy niszczą rodzinę, a tylko ci, którzy domagają się prawa
do założenia własnych rodzin, uznanych przez prawo. Nikt też nie rozkaże, by
wszyscy artyści zapuścili brody i występowali w sukienkach i nikt nie będzie
zmuszał Polaków, pod groźbą rozstrzelania, do oglądania tych występów. Nikt nie
będzie wywierał nacisku, by Polacykatolicy wyrzekli się swojej wiary i
uczestniczyli w wydarzeniach kulturalnych mniej lub bardziej sprzecznych z ich
religią. Człowiek człowiekowi wilkiem, a Polak Polakowi Polakiem i naprawdę nie
potrzebujemy pomocy obcych, by kierować się w naszych relacjach najniższymi
pobudkami.
Skoro brzmi to wszystko tak
absurdalnie, to dlaczego ten dyskurs działa? Dlaczego tak wiele osób dało się
przekonać, że „jak nie my, to oni”, że to co nie jest polskokatolickie, musi
nas zniszczyć? Że dwa różne światopoglądy muszą się nawzajem zwalczać, że nie
mogą funkcjonować obok siebie? Dlaczego nie chcemy zaakceptować „i”? Dlaczego dociera
do nas tylko „albo-albo”, tłumaczone jako walka na śmierć i życie? Dlaczego
Polacy tak bardzo potrzebują wroga, że sami go sobie stwarzają? Można wręcz
odnieść czasem wrażenie, że tylko poprzez opozycję do obcego potrafią się
zdefiniować – stąd to esencjonalne „my-oni”. Z tego samego chyba powodu wszyscy
„oni” zostali wrzuceni do jednego worka: i ci sprzed dwustu lat, i ci sprzed
pięćdziesięciu, i ci współcześni. Nie trudno sobie wyobrazić, że taki amalgamat
musi budzić emocje i przywoływać najgorsze wspomnienia o urażonej narodowej
dumie.
Dlatego właśnie temu straszydłu
wiedzie się w Polsce tak dobrze: gender-zabory, gender-Katyń, gender-stan
wojenny, a pewnie i gender-Smoleńsk, bo tam przecież również „my” byliśmy „ich”
ofiarami. W narracji „my-oni” jesteśmy tylko jedni „my”, a „oni”, czyli
straszak na „nas”, też są jedni. Wróg jest dzięki temu bardziej „nasz”, znany,
identyfikowalny, a przez to bardziej wrogi. Gdyby nie te konotacje, ani gender,
ani Eurowizja, ani teatr nie byłyby największym zagrożeniem dla Polski, jak
jest to ostatnio przedstawiane. Bo czy ktokolwiek mógłby pomyśleć, widząc
Conchitę Wurst, że będzie ona siać zniszczenie, że będzie narzędziem destrukcji
polskiej rodziny? Czy ktokolwiek by w to uwierzył, gdyby jej wizerunek nie
został obudowany dyskursem „my-oni”, gdyby nie wmówiono nam, że inny lub obcy
oznacza wroga, czyli widmo kolejnych zaborów? A skoro jest wróg, skoro został
zidentyfikowany – nie, nie Bogu ducha winna Conchita, nie gender, ale wszystko
to co nie jest Polskąkatolicką – to trzeba walczyć, czyli bronić się. Walka
jest bowiem wpisana w trzon „naszej” tożsamości. Polskakatolicka musi walczyć
ontologicznie: przez ostatnie 200 lat istniała, bo walczyła i już nie potrafi
inaczej.
Narracja „my-oni” ujawnia jeszcze
jeden bardzo groźny aspekt doktryny polskokatolickiej, która wżera się w polską
demokrację: dualizm, który bardziej obrazowo można też nazwać daltonizmem.
Skoro jesteśmy jedni „my” i skoro są jedni „oni”, to znaczy nie tylko, że nie
dostrzega się żadnych indywidualności, lecz również że a priori staje się w opozycji do wszystkich i wszystkiego i trzeba
to zwalczać w imię jedynej słusznej prawdy – jedynej, która ma prawo istnieć.
Problemem polskiej demokracji jest
zatem głównie to, że jej nie ma; i nie może jej być, i nie będzie dopóty,
dopóki władzę w Polsce sprawować będą ci, którzy pojęcia demokracji nie
rozumieją, czyli ci, którzy ową „polską demokrację” tworzyli po roku 1989. Nie
rozumieją oni i nie mogą rozumieć, czym jest demokracja, bo zwyczajnie nie
mieli gdzie się tego nauczyć. Nie do końca ich usprawiedliwiam, bo od kilku lat
możliwości dokształcenia są na wyciągnięcie ręki, ale jest mi zwyczajnie
przykro z ich powodu. Widzą oni bowiem świat czarno-biały; nawet nie czarny i
biały, co przecież równałoby się z uznaniem, że „oni” mają takie same prawa i
wolności jak „my”; broń Boże nie we wszystkich kolorach tęczy, czyli
dostrzegając i akceptując to, że wszyscy, i „my”, i „oni”, jesteśmy różni.
Świat czarno-biały (jak świat „my-oni”) jest światem walki.
Nie należy chyba jednak oczekiwać
więcej od ludzi, którzy wychowali się w systemie, który też postrzegał świat
jako czarno-biały. Patologia zdaje się być dziedziczna i objawia się teraz tym
radykalniej, że pomnożona jest przez źle pojęte poczucie sprawiedliwości
dziejowej. Skoro wcześniej nie było miejsca dla Polskikatolickiej, skoro była
ona przez lata ciemiężona i prześladowana w imię jedynego słusznego systemu, par un juste retour des choses władza
Polskikatolickiej nie widzi teraz miejsca dla innych światopoglądów. Komunizm
był jednomyślnością i jednowładzą „ich”. Demokracja Polskokatolicka musi być
zatem jednomyślnością i jednowładzą „nas”. Takie pojmowanie demokracji w
naturalny sposób wyklucza pluralizm i (wolny) wybór, leżące przecież u podstaw
prawdziwej demokracji. Zwolennicy Polskikatolickiej, choć pewnie tego nie chcą,
odtwarzają w gruncie rzeczy ten sam schemat, któremu się przeciwstawiali – bo
nie znają innego. Kiedyś było „ich” na wierzchu, więc sprawiedliwie będzie,
jeśli teraz będzie „nasze”. Jeśli komuś „nasz” światopogląd się nie podoba –
nie chce go przyjąć i wyznawać razem z „nami”, to jest „naszym” wrogiem. Co
więcej, dyskurs ten stypuluje (i to jest najbardziej absurdalne i niebezpieczne),
że jeśli „oni” nie chcą przyjąć „naszego”, to znaczy, że chcą „nam” narzucić
„ich”, przed czym trzeba się bronić, czyli walczyć. Pojęcie wyboru należy do
innej rzeczywistości. Nie mieści się w polskokatolickich umysłach, że mogą żyć
po swojemu, a reszta po swojemu.
Doskonale zilustrowała to jedna z
przedstawicielek polskokatolickiej sceny politycznej, gdy po konkursie
Eurowizji ogłosiła wszem i wobec, że ona sobie nie życzy, aby coś takiego
pokazywano w telewizji. Głucha była na to, że inni sobie tego życzą, głucha
była na to, że koncert z Kopenhagi transmitowała tylko jedna stacja i przecież
mogła w tym czasie oglądać na innych kanałach programy zgodne z jej
światopoglądem, polityką, opiniami, religią… Głucha była na to, że miała wybór,
bo chodziło jej o to właśnie, aby wybór ludziom odebrać. Telewizja, ale
przecież nie tylko, powinna reprezentować jednomyślną jednowładzę
polskokatolicką, a dla innych nie ma miejsca. Won! Polskakatolicka sobie nie
życzy, więc inni nie będą mieli. Ot taka polityka rodem z piaskownicy. Ale nie
chodzi o to, że polska demokracja jest niedojrzała. Chodzi o to, że Polska nie
dojrzała do demokracji.
Eurowizja to nie jest odosobniony
przypadek. Przy okazji poznańskiej Malty sytuacja powtórzyła się.
Polskakatolicka nie życzyła sobie oglądać „Golgoty Picnic”, więc postanowiła i
innym to uniemożliwić, oprotestować, zablokować. Przepadła też, wśród krzyków
pewnego wszystkowidzącego księdza i kilku nie dopuszczających nikogo do głosu
posłanek, propozycja wyboru przez rodziców formy zajęć z edukacji seksualnej –
według najnowszych standardów i wiedzy, lub po katolicku. Bo po co dawać wybór,
skoro wiadomo, że edukacja katolicka sprawdzi się najlepiej i wszystkich nauczy
przyzwoitości i wstrzemięźliwości, przez co problemy same się rozwiążą?
Wypowiedzi w dokładnie tym samym nurcie zawładnęły niedawno mediami w
odniesieniu do aborcji, na którą wprawdzie, teoretycznie, kobieta może się
zdecydować w szczególnych przypadkach, ale jak pokazuje ostatnia praktyka,
wyboru dokonuje nie sama zainteresowana, a katolickie sumienie lekarza. Nie
inaczej wyglądała namiastka debaty o związkach partnerskich. Znów chodziło o
wybór: wybór pomiędzy życiem w zgodzie z prawem (świeckim? kościelnym? –
niektórym uczestnikom i uczestniczkom dyskusji te instancje chyba się myliły) –
czyli w związku przez prawo uznanym, a życiem poza prawem – w związku bez
żadnej prawnej ochrony. Pary heteroseksualne ten wybór mają, za pary
homoseksualne decyzję podjęła „katolicka reprezentacja narodu”.
Nie będę próbował wyjaśniać,
czego konkretnie dotyczyła każda z tych spraw, nie będę argumentował, ani na
rzecz, ani przeciw nim, nie będę nikogo przekonywał do zmiany poglądów, bo nie
tego ten tekst dotyczy. Ważne jest jednak pokazanie pewnego schematu działania,
który niszczy to, co w polskiej demokracji z demokracją jakiś związek jeszcze
ma.
Jeśli, na przykład, pozwolimy na
związki partnerskie, a więc damy ludziom wybór, to wszyscy staną się homo i
ludzkość wymrze. – Takie argumenty przecież padały nawet z sejmowej mównicy.
Analiza logiki tej tezy jest poniżej czyjejkolwiek godności i inteligencji.
Warto tu jednak zwrócić uwagę na coraz powszechniejsze założenie
zastępowalności, o którym pisałem już na początku: przyjdą „oni” – w tym
wypadku homoseksualiści – i wszystkich zamienią w gejów i lesbijki.
Skąd bierze się ten strach przed
wymarciem? Myślę, że wiąże się to z ocenianiem innych swoją miarą. Sądzimy, że
„oni” chcą się „nas” pozbyć, bo „my” chętnie byśmy się „ich” pozbyli. Pokazała
to dość dobitnie w czasie kampanii europejskiej jedna z partii hasłem „Nie dla
homo”. Tak jak kiedyś „Nie dla Żydów”. „Nie” – czyli nie ma dla was miejsca w
tym kraju, w tym społeczeństwie, a skoro wybory były europejskie, to pewnie i w
Europie. To właśnie ten strach, strach że inni zrobią „nam” to, co „my” chcemy
zrobić im, generuje dyskurs, w którym Polacykatolicy stawiają się w roli ofiar,
dyskurs, który insynuuje, że ktoś już im czegoś odmawia, już im odbiera
katolicką wolność, podczas gdy to oni odmawiają wszystkim (nawet sobie!) prawa
wyboru, wolności do życia w zgodzie z prawem świeckim, a nie kościelnym. Samego
Boga próbują przy tym poprawiać, który dał przecież ludziom wolną wolę.
Tylko że wolna wola to wybór, a
wybór jest procesem demokratycznym, który Polscekatolickiej jest obcy. Z
możliwości wyboru wynika bowiem ryzyko, że Polskakatolicka nie zostanie wybrana,
przez co straci swoje wpływy. Władzy religijnej w Polsce zależy tymczasem na
zachowaniu realnego wpływu na władzę świecką, popartego przecież wielowiekową
tradycją. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby Kościół obowiązywały w tym
zakresie te same zasady, co inne instytucje, organizacje, grupy. Niestety ma on
w tym względzie specjalne przywileje, które są niezrozumiałe i świadczą jedynie
o fikcyjności rozdziału państwa od Kościoła, o mityczności państwa neutralnego
światopoglądowo. Czy, wracając do naszego przykładu, państwo świeckie ingeruje
w to, kto może zawrzeć ślub kościelny? Biskupi wymusili tymczasem konstytucyjny
zapis, definiujący podobno małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, co
miało uniemożliwić małżeństwa osób tej samej płci. Nie jest tajemnicą, że
episkopat dosłownie dyktował zapisy niektórych ustaw, co zawsze jest
kuriozalnie nazywane kompromisem (aborcyjnym, konstytucyjnym…). Nikt inny nie
ma takiej możliwości, nawet ci, których te zapisy rzeczywiście dotyczą.
Zasadniczo nie mam nic przeciwko
Kościołowi. Mam mu jedynie za złe to, że za bardzo ingeruje w sprawy państwa
świeckiego, kpiąc sobie z procedur demokratycznych. Mam też za złe rządzącym,
że na to pozwalają. Jeśli dopuszczalnym, a często wręcz decydującym argumentem
na mównicy sejmowej jest ten o prawie boskim czy naturalnym, to znaczy, że
państwo polskie jest bardzo zagubione. Niech politycy mają dowolne opinie i
poglądy, ale w sejmie powinni uchwalać prawo świeckie, a nie naturalne, w
oparciu o wartości demokratyczne, takie jak wolność i równość. Może Polacy
lepiej by to rozumieli, gdyby te wartości były elementem tradycji polskiej, tak
jak są np. we francuskiej dewizie wolność,
równość, braterstwo. Polską dewizą jest jednak Bóg, honor, ojczyzna i już samo to jest sprzeczne z demokracją, bo
przecież ani Boga, który ma być naszą najwyższą wartością, ani, co za tym
idzie, Kościoła nie obowiązują demokratyczne zasady i świeckie prawo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz