Minął ponad rok od ostatniego wpisu. Rok ważnych zdarzeń w moim życiu osobistym (przez które nie miałem czasu na bieżące komentarze), ale też ważnych wydarzeń publicznych. O wszystkich napisać tu nie zdołam, chcę jednak przynajmniej o niektórych wspomnieć. Mój komentarz zaskakujący nie będzie: państwo PiS zgotowało nam spektakl, jakiego po roku 1989 mieliśmy już nie oglądać.
Ale po kolei.
Skoro już mowa o spektaklu, to
zacznę od „Klątwy”, bo dawno nic mnie tak nie zbulwersowało. Nie, nie
przedstawienie, a burza, która wybuchła wokół niego. W chwilę po premierze
wszyscy już wiedzieli czym jest i o czym jest „Klątwa”, zwłaszcza ci (jak
zwykle), którzy jej nie widzieli.
Protesty i medialne z nich
relacje, recenzje widzów i te oparte na szczątkowych doniesieniach rozreklamowały
dzieło Frljicia, które bez tego rozgłosu zainteresowałoby pewnie tylko fanów
reżysera i tych amatorów współczesnego teatru, którzy żadnej nowości nie ominą.
„Klątwa” stała się nagle tematem numer jeden publicystyki i polityki. Zresztą udział
w przedstawieniu zarówno dla aktorów jak i dla widzów, okazał się istotnie
aktem politycznym, podobnie jak protest (słowny lub fizyczny) przeciw niemu, co
oczywiście wykorzystali politycy i kościół. Podobny scenariusz widzieliśmy w 2014
roku w związku ze sztuką „Golgota picnic” Garcíi.
Naturalnie każdy już słyszał
podstawowy zarzut wobec „Klątwy” – obraża uczucia religijne Polaków, względnie
katolików (nie Polaków, nie katolików, a ich uczucia), w szczególności tych,
którzy przedstawienia nie oglądali.
Z samym pojęciem obrazy uczuć
religijnych mam spory problem, bo zwyczajnie tej konstrukcji nie rozumiem. Nie
pojmuję, jak można obrazić uczucie. No i jakie to jest uczucie? Miłość?
Nienawiść? Chęć kopnięcia dupę? Rozumiem, że można obrazić człowieka, lub grupę
ludzi, na przykład wyznawców jakiejś religii („wszyscy muzułmanie to terroryści”,
„wszyscy katolicy to pedofile”). Ale obrazić uczucia religijne? To twór tak
abstrakcyjnie zagmatwany i niejasny, że pozbawiony sensu. Jak niby uczucie
miałoby się obrazić? I kto w jego imieniu ma się wypowiadać? Pomińmy zatem te
dywagacje semantyczne i skupmy się na konkretach. Czy sceny z „Klątwy”
faktycznie kogoś obrażają?
Faktycznie w jednej z
początkowych scen jest przedstawione osławione już fellatio na figurze, która być
może przypomina papieża. Nie do końca wiem, dlaczego w całej dyskusji wyrywa
się ją z kontekstu przedstawienia i odczytuje w tak prymitywnie dosłowny
sposób, jako robienie loda papieżowi. Kontekst jest ważny, a symbolika wcale
nie skomplikowana. „Klątwa” Frljicia jest wręcz banalnie prosta w odbiorze, a
kontrowersyjna scena ma swoje objaśnienie w końcowej, również budzącej emocje,
scenie ścięcia krzyża.
Frljić mówi o polskim kościele. Oto
polskie społeczeństwo robi laskę (dosłownie – kwestia pedofilii – i w
przenośni) kościołowi. To poddaństwo i wykorzystanie (w każdym znaczeniu)
kończy się, gdy upada krzyż – wówczas nad sceną rozświetla się ogromne polskie
godło. Polskie państwo odzyskuje godność, gdy odetnie się od niego kościół, gdy
nastąpi wreszcie prawdziwy rozdział jednego od drugiego.
To nie jest przecież nic
odkrywczego, a jednak w 2017 roku oburza, oburza bardziej niż dotąd. Oburza do
tego stopnia, że minister kultury rozważa cenzurę, a potem cofa dotację dla
festiwalu Malta, którego kuratorem jest Frljić.
Sam Teatr Powszechny staje się
sceną bitwy.
Gdy szedłem na „Klątwę”, czułem
się, jakbym szedł do teatru w czasie wojny. Budynek był oblężony, a zagrożenie
realne. Zostałem nazwany satanistą przez jakiegoś nawiedzonego staruszka, który
poczuł się urażony teatralną fikcją, o której nawet nie miał pojęcia. Nie
przypuszczałem, że w XXI wieku, w centrum Europy, pójście do teatru może być
aktem politycznej odwagi w obronie demokratycznych wartości. Jednak sztuka,
która o tych wartościach przypomina, musi, w państwie, które wszystkie wartości
depcze, być nie tylko rozrywką, musi być zaangażowana i musi angażować
obywateli i oczywistym jest, że będzie do tego wykorzystywać silne środki
wyrazu. Czy obraża? Obraża, bo musi obrażać, musi dotknąć odbiorców, aby
wywołać katharsis. Taka jest rola sztuki. Czy jednak „Klątwa” obraża katolików?
Ani trochę! Obraża kościół jako instytucję polityczną, która w poszukiwaniu
dóbr, władzy i wpływów oddaliła się od swej duchowej misji. Można wręcz rzec,
że „Klątwa” staje w obronie ludzi prawdziwie wierzących, ukazując cynizm
kościoła, który chce jedynie wykorzystać ich wiarę i lojalność.
Wiarę wyborców wykorzystują też
politycy, ostentacyjnie uczestniczący w religijnych uroczystościach, a nawet
przemawiający podczas nabożeństw. Jak daleko jesteśmy od zasady „Bogu co boskie…”
i jak szybko o niej zapomnieliśmy!
Niestety tzw. miesięcznice smoleńskie
pokazały jeszcze obrzydliwsze zjawisko: wiece polityczne nazywane są przez
partię rządzącą aktami religijnymi. PiS ustawą (!) zapewniło sobie monopol na manifestowanie
na Krakowskim Przedmieściu, a ci, którzy przyszli w pokojowy sposób wyrazić
swój sprzeciw wobec tak rażącego naruszenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń,
zostali nie tylko siłą policji usunięci z miejsca partyjnego wiecu nienawiści
(na którym, nota bene, od dawna już nie wspomina się słowem o ofiarach
katastrofy z 2010), ale nawet postawiono im zarzuty zakłócania aktu
religijnego. Skoro tym terminem określa się teraz przemówienia posła
Kaczyńskiego, to należałoby zdać pytanie, czy kult tego człowieka wpisano już
do rejestru kościołów i związków wyznaniowych.
Potem nastąpiło odgrodzenie
Krakowskiego Przedmieścia, jak wcześniej odgrodzenie Sejmu. Czy ta władza,
która twierdzi, że białe róże są symbolem nienawiści, naprawdę obawia się
jakiegoś zagrożenia ze strony protestujących przeciwko jej lekceważącym Konstytucję
zapędom? Wątpię. Płoty nie są, moim zdaniem, wyrazem realnego strachu, tylko
ucieleśnieniem rzeczywistego podziału, który dotąd był dużo bardziej
symboliczny: rząd PiS już nie tylko w polityce, ale nawet w tak fizycznym
wymiarze oddala się od obywateli.
Trudno, żeby było inaczej, skoro
z obywatelami nie chce nawet rozmawiać, co doskonale zilustrowały wydarzenia
ostatnich dni, choć nie tylko. PiS i rząd uwielbiają monologi, dlatego
europoseł Legutko uciekł z debaty w Parlamencie Europejskim, dlatego Beata
Szydło i Jarosław Kaczyński zorganizowali konferencję, na której nie
dopuszczono dziennikarzy do zadawania pytań, dlatego TVP zaprasza jedynie
przedstawicieli obozu władzy. Monolog pozwala im ignorować obywateli i ich
potrzeby, co wyjątkowo arogancko rząd udowodnił, nazywając manifestujących w
obronie sądów „spacerowiczami”. Protesty? Jakie protesty?
Tę samą arogancję i niechęć do dialogu
rząd wykazuje w dyplomacji, a partia rządząca w parlamencie, gdzie z debaty
często wykluczani są posłowie opozycji (za to posłowie PiS mogą przemawiać do
woli „w żadnym trybie”). Uzasadnieniem jest zawsze mityczne poparcie większości
Polaków i Polek. Co więcej, wiadomo, że większość Polaków i Polek to katolicy,
nie zaskakuje zatem, że wróciły do debaty publicznej „tematy społeczne”, z
niemałym wstawiennictwem kościoła, który za każdym razem, gdy mowa o prawach
człowieka, odpowiada, że ważniejsze jest prawo boskie. Rząd wtóruje mu teraz
śpiewką o „katolickiej większości”. Ja chciałbym tylko nieśmiało przypomnieć,
że w Konstytucji nie jest napisane, że tylko katolicy mają zagwarantowane prawa
obywatelskie. Nie można zatem prawa świeckiego uzasadniać zasadami wiary i
religią.
Czasami zamiast o prawie boskim
Krystyna Pawłowicz mówi o prawie naturalnym, zwłaszcza, gdy temat dotyczy ciała
i ludzkiej seksualności, które posłanka uważa za nieczyste i obrzydliwe. Tymczasem
tych tabu nie ma w przyrodzie. Zwierzęta wcale nie znają takich ograniczeń, co
dość wyraźnie wskazuje, że wynikają one wyłącznie z kultury, a nie z natury.
A jeśli już jesteśmy przy
kulturze, warto wspomnieć o pomyśle obowiązkowego wspierania kultury partyjnej
w wydaniu TVP, która zafundowała nam (lub której to my zafundowaliśmy), m.in.
żenujące rymowanki na jubileuszu Jana Pietrzaka. Ponieważ nie wszystkich
obywateli taka kultura przekonuje i odmawiają płacenia abonamentu, pojawiła się
propozycja, aby ściągać go poprzez obowiązkowe doliczenie do innych rachunków,
na przykład za prąd. Nie do końca rozumiem dlaczego, choć oczywiście pojmuję
samą ideę solidarnego wspierania misji nadawcy publicznego, a nie komercyjnego.
Tylko tu właśnie zaczyna się dylemat. Czy można domagać się zwrotu pieniędzy,
lub pozwać TVP o niewywiązywanie się z misji? Bo jeśli płacę abonament na misję
właśnie, a w zamian dostaję tylko partyjną propagandę, to może jakiś sąd mógłby
się tym zająć? Tylko jaki, skoro niezawisłość sądów też jest zagrożona?
Na tym się oczywiście fascynacja
i wzorowanie PiSu na sposobie sprawowania władzy przez partię w PRL-u nie
kończy. Zaledwie kilka dni temu paru ministrów (w tym, o zgrozo, minister
kultury) wykazało żywy entuzjazm dla hasła zburzenia Pałacu Kultury i Nauki. Cóż…
władza w poprzednim systemie też ochoczo niszczyła ślady nieodpowiedniej jej
zdaniem przeszłości.
PiS zaserwowało nam właśnie
dekomunizację ulic, o co całkiem słusznie podniósł się lament. Szkoda tylko, że
zagłusza on płacz tych, którzy mają jeszcze siły i odwagę, by protestować
przeciw faktycznej rekomunizacji władzy i życia.