niedziela, 19 listopada 2017

Wybiórcze streszczenie minionego roku


Minął ponad rok od ostatniego wpisu. Rok ważnych zdarzeń w moim życiu osobistym (przez które nie miałem czasu na bieżące komentarze), ale też ważnych wydarzeń publicznych. O wszystkich napisać tu nie zdołam, chcę jednak przynajmniej o niektórych wspomnieć. Mój komentarz zaskakujący nie będzie: państwo PiS zgotowało nam spektakl, jakiego po roku 1989 mieliśmy już nie oglądać.


Ale po kolei.
Skoro już mowa o spektaklu, to zacznę od „Klątwy”, bo dawno nic mnie tak nie zbulwersowało. Nie, nie przedstawienie, a burza, która wybuchła wokół niego. W chwilę po premierze wszyscy już wiedzieli czym jest i o czym jest „Klątwa”, zwłaszcza ci (jak zwykle), którzy jej nie widzieli.
Protesty i medialne z nich relacje, recenzje widzów i te oparte na szczątkowych doniesieniach rozreklamowały dzieło Frljicia, które bez tego rozgłosu zainteresowałoby pewnie tylko fanów reżysera i tych amatorów współczesnego teatru, którzy żadnej nowości nie ominą. „Klątwa” stała się nagle tematem numer jeden publicystyki i polityki. Zresztą udział w przedstawieniu zarówno dla aktorów jak i dla widzów, okazał się istotnie aktem politycznym, podobnie jak protest (słowny lub fizyczny) przeciw niemu, co oczywiście wykorzystali politycy i kościół. Podobny scenariusz widzieliśmy w 2014 roku w związku ze sztuką „Golgota picnic” Garcíi.

Naturalnie każdy już słyszał podstawowy zarzut wobec „Klątwy” – obraża uczucia religijne Polaków, względnie katolików (nie Polaków, nie katolików, a ich uczucia), w szczególności tych, którzy przedstawienia nie oglądali.
Z samym pojęciem obrazy uczuć religijnych mam spory problem, bo zwyczajnie tej konstrukcji nie rozumiem. Nie pojmuję, jak można obrazić uczucie. No i jakie to jest uczucie? Miłość? Nienawiść? Chęć kopnięcia dupę? Rozumiem, że można obrazić człowieka, lub grupę ludzi, na przykład wyznawców jakiejś religii („wszyscy muzułmanie to terroryści”, „wszyscy katolicy to pedofile”). Ale obrazić uczucia religijne? To twór tak abstrakcyjnie zagmatwany i niejasny, że pozbawiony sensu. Jak niby uczucie miałoby się obrazić? I kto w jego imieniu ma się wypowiadać? Pomińmy zatem te dywagacje semantyczne i skupmy się na konkretach. Czy sceny z „Klątwy” faktycznie kogoś obrażają?

Faktycznie w jednej z początkowych scen jest przedstawione osławione już fellatio na figurze, która być może przypomina papieża. Nie do końca wiem, dlaczego w całej dyskusji wyrywa się ją z kontekstu przedstawienia i odczytuje w tak prymitywnie dosłowny sposób, jako robienie loda papieżowi. Kontekst jest ważny, a symbolika wcale nie skomplikowana. „Klątwa” Frljicia jest wręcz banalnie prosta w odbiorze, a kontrowersyjna scena ma swoje objaśnienie w końcowej, również budzącej emocje, scenie ścięcia krzyża.

Frljić mówi o polskim kościele. Oto polskie społeczeństwo robi laskę (dosłownie – kwestia pedofilii – i w przenośni) kościołowi. To poddaństwo i wykorzystanie (w każdym znaczeniu) kończy się, gdy upada krzyż – wówczas nad sceną rozświetla się ogromne polskie godło. Polskie państwo odzyskuje godność, gdy odetnie się od niego kościół, gdy nastąpi wreszcie prawdziwy rozdział jednego od drugiego.

To nie jest przecież nic odkrywczego, a jednak w 2017 roku oburza, oburza bardziej niż dotąd. Oburza do tego stopnia, że minister kultury rozważa cenzurę, a potem cofa dotację dla festiwalu Malta, którego kuratorem jest Frljić.

Sam Teatr Powszechny staje się sceną bitwy.
Gdy szedłem na „Klątwę”, czułem się, jakbym szedł do teatru w czasie wojny. Budynek był oblężony, a zagrożenie realne. Zostałem nazwany satanistą przez jakiegoś nawiedzonego staruszka, który poczuł się urażony teatralną fikcją, o której nawet nie miał pojęcia. Nie przypuszczałem, że w XXI wieku, w centrum Europy, pójście do teatru może być aktem politycznej odwagi w obronie demokratycznych wartości. Jednak sztuka, która o tych wartościach przypomina, musi, w państwie, które wszystkie wartości depcze, być nie tylko rozrywką, musi być zaangażowana i musi angażować obywateli i oczywistym jest, że będzie do tego wykorzystywać silne środki wyrazu. Czy obraża? Obraża, bo musi obrażać, musi dotknąć odbiorców, aby wywołać katharsis. Taka jest rola sztuki. Czy jednak „Klątwa” obraża katolików? Ani trochę! Obraża kościół jako instytucję polityczną, która w poszukiwaniu dóbr, władzy i wpływów oddaliła się od swej duchowej misji. Można wręcz rzec, że „Klątwa” staje w obronie ludzi prawdziwie wierzących, ukazując cynizm kościoła, który chce jedynie wykorzystać ich wiarę i lojalność.

Wiarę wyborców wykorzystują też politycy, ostentacyjnie uczestniczący w religijnych uroczystościach, a nawet przemawiający podczas nabożeństw. Jak daleko jesteśmy od zasady „Bogu co boskie…” i jak szybko o niej zapomnieliśmy!

Niestety tzw. miesięcznice smoleńskie pokazały jeszcze obrzydliwsze zjawisko: wiece polityczne nazywane są przez partię rządzącą aktami religijnymi. PiS ustawą (!) zapewniło sobie monopol na manifestowanie na Krakowskim Przedmieściu, a ci, którzy przyszli w pokojowy sposób wyrazić swój sprzeciw wobec tak rażącego naruszenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń, zostali nie tylko siłą policji usunięci z miejsca partyjnego wiecu nienawiści (na którym, nota bene, od dawna już nie wspomina się słowem o ofiarach katastrofy z 2010), ale nawet postawiono im zarzuty zakłócania aktu religijnego. Skoro tym terminem określa się teraz przemówienia posła Kaczyńskiego, to należałoby zdać pytanie, czy kult tego człowieka wpisano już do rejestru kościołów i związków wyznaniowych.
Potem nastąpiło odgrodzenie Krakowskiego Przedmieścia, jak wcześniej odgrodzenie Sejmu. Czy ta władza, która twierdzi, że białe róże są symbolem nienawiści, naprawdę obawia się jakiegoś zagrożenia ze strony protestujących przeciwko jej lekceważącym Konstytucję zapędom? Wątpię. Płoty nie są, moim zdaniem, wyrazem realnego strachu, tylko ucieleśnieniem rzeczywistego podziału, który dotąd był dużo bardziej symboliczny: rząd PiS już nie tylko w polityce, ale nawet w tak fizycznym wymiarze oddala się od obywateli.

Trudno, żeby było inaczej, skoro z obywatelami nie chce nawet rozmawiać, co doskonale zilustrowały wydarzenia ostatnich dni, choć nie tylko. PiS i rząd uwielbiają monologi, dlatego europoseł Legutko uciekł z debaty w Parlamencie Europejskim, dlatego Beata Szydło i Jarosław Kaczyński zorganizowali konferencję, na której nie dopuszczono dziennikarzy do zadawania pytań, dlatego TVP zaprasza jedynie przedstawicieli obozu władzy. Monolog pozwala im ignorować obywateli i ich potrzeby, co wyjątkowo arogancko rząd udowodnił, nazywając manifestujących w obronie sądów „spacerowiczami”. Protesty? Jakie protesty?

Tę samą arogancję i niechęć do dialogu rząd wykazuje w dyplomacji, a partia rządząca w parlamencie, gdzie z debaty często wykluczani są posłowie opozycji (za to posłowie PiS mogą przemawiać do woli „w żadnym trybie”). Uzasadnieniem jest zawsze mityczne poparcie większości Polaków i Polek. Co więcej, wiadomo, że większość Polaków i Polek to katolicy, nie zaskakuje zatem, że wróciły do debaty publicznej „tematy społeczne”, z niemałym wstawiennictwem kościoła, który za każdym razem, gdy mowa o prawach człowieka, odpowiada, że ważniejsze jest prawo boskie. Rząd wtóruje mu teraz śpiewką o „katolickiej większości”. Ja chciałbym tylko nieśmiało przypomnieć, że w Konstytucji nie jest napisane, że tylko katolicy mają zagwarantowane prawa obywatelskie. Nie można zatem prawa świeckiego uzasadniać zasadami wiary i religią.

Czasami zamiast o prawie boskim Krystyna Pawłowicz mówi o prawie naturalnym, zwłaszcza, gdy temat dotyczy ciała i ludzkiej seksualności, które posłanka uważa za nieczyste i obrzydliwe. Tymczasem tych tabu nie ma w przyrodzie. Zwierzęta wcale nie znają takich ograniczeń, co dość wyraźnie wskazuje, że wynikają one wyłącznie z kultury, a nie z natury.

A jeśli już jesteśmy przy kulturze, warto wspomnieć o pomyśle obowiązkowego wspierania kultury partyjnej w wydaniu TVP, która zafundowała nam (lub której to my zafundowaliśmy), m.in. żenujące rymowanki na jubileuszu Jana Pietrzaka. Ponieważ nie wszystkich obywateli taka kultura przekonuje i odmawiają płacenia abonamentu, pojawiła się propozycja, aby ściągać go poprzez obowiązkowe doliczenie do innych rachunków, na przykład za prąd. Nie do końca rozumiem dlaczego, choć oczywiście pojmuję samą ideę solidarnego wspierania misji nadawcy publicznego, a nie komercyjnego. Tylko tu właśnie zaczyna się dylemat. Czy można domagać się zwrotu pieniędzy, lub pozwać TVP o niewywiązywanie się z misji? Bo jeśli płacę abonament na misję właśnie, a w zamian dostaję tylko partyjną propagandę, to może jakiś sąd mógłby się tym zająć? Tylko jaki, skoro niezawisłość sądów też jest zagrożona?

Na tym się oczywiście fascynacja i wzorowanie PiSu na sposobie sprawowania władzy przez partię w PRL-u nie kończy. Zaledwie kilka dni temu paru ministrów (w tym, o zgrozo, minister kultury) wykazało żywy entuzjazm dla hasła zburzenia Pałacu Kultury i Nauki. Cóż… władza w poprzednim systemie też ochoczo niszczyła ślady nieodpowiedniej jej zdaniem przeszłości.

PiS zaserwowało nam właśnie dekomunizację ulic, o co całkiem słusznie podniósł się lament. Szkoda tylko, że zagłusza on płacz tych, którzy mają jeszcze siły i odwagę, by protestować przeciw faktycznej rekomunizacji władzy i życia.

1 komentarz:

  1. Taka to już nasza cecha narodowa żeby oceniać to czego się nie zna. A największą winę za to ponoszą media które rozdmuchują sprawę a ci którym się nudzi podłapują i ślepo wierzą w to co im się powie. Ale kim byśmy byli w centrum Europy bez takich problemów? W końcu bycie w centrum do czegoś zobowiązuje a wierz mi, nawet ci krańcowi borykają się z tłumami followersów za których zazwyczaj myśli ktoś inny.

    OdpowiedzUsuń