piątek, 19 grudnia 2014

Czy 234 posłów i posłanek zrzeknie się mandatów?



To byłoby najlogiczniejsze posunięcie po środowym głosowaniu, w wyniku którego nie dojdzie w tym posiedzeniu do pierwszego czytania projektu ustawy o związkach partnerskich. 


Nie, nie dlatego, że nie zgadzają się na wprowadzenie alternatywnej do małżeństwa formy prawnego uregulowania związku dwóch dorosłych osób. Nie dlatego, że nie zgadzają się na zawarcie przez pary homoseksualne związku ważnego w świetle prawa.

Tu w ogóle nie chodzi o zgodę na związki partnerskie, nie tego dotyczyło głosowanie z 17 grudnia. Chodzi o posłów i posłanki, którzy odmawiają wykonywania swojej pracy – misji, do której my ich wybraliśmy i wybrałyśmy. Wszystkich, którzy głosowali przeciw dyskusji (czyt. przeciw rozpoczęciu dyskusji) – a więc przeciw podstawowemu obowiązkowi parlamentarzystów – należy zapytać, kiedy zrzekną się mandatów, bo odmawiając wykonywania obowiązków, powinni to uczynić, aby pozostać uczciwymi wobec wyborców. Wybraliśmy ich po to, by zabierali głos z sejmowej mównicy. Jeśli rezygnują z tego przywileju (bo jest ogromnym przywilejem, wypowiadać się w imieniu 38 milionów Polaków i Polek i zabiegać o to, by żyło im się coraz lepiej), to należy się spodziewać, że zrezygnują z mandatu poselskiego.

Polska nie potrzebuje i nie chce byle jakich posłów i posłanek, którzy boją się zarówno cudzych, jak i własnych opinii. Polska nie jest prywatnym folwarkiem parlamentarzystów, a „dobrem wspólnym wszystkich obywateli” – art. 1. Konstytucji RP. Jako wyborcy, obywatele, Polacy, mamy prawo czuć się oszukani. Posłaliśmy do Sejmu grupę ludzi, powierzając im ważną misję, a oni z tej misji i z nas ordynarnie kpią.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

List otwarty do Posłów i Posłanek



Szanowni Panowie Posłowie, Szanowne Panie Posłanki!

Po niemal dwóch latach od niesławnego głosowania z 24 stycznia 2013, temat związków partnerskich wraca do Sejmu.

Głosowanie, w którym wezmą Państwo udział, dotyczyć będzie, tak jak wtedy, nie wprowadzenia w Polsce instytucji związków partnerskich, a jedynie włączenia tego tematu do porządku obrad i skierowania projektu ustawy do dalszych prac. Będzie to więc głosowanie nad dyskusją, głosowanie nad tym, czy odbędzie się debata, czyli de facto, głosowanie nad jednym z podstawowych zadań Sejmu, do którego zostali Państwo powołani. 24 stycznia 2013 postanowili Państwo oddać głos przeciw wykonywaniu tej pracy, za którą podatnicy Państwu płacą, co było wyjątkowo bezczelne. Czy 17 grudnia 2014 będą Państwo wreszcie gotowi, by wziąć na siebie historyczną odpowiedzialność za wykonywanie Państwa obowiązków? Czy dzięki Państwu Sejm będzie mógł znowu pełnić funkcję dla której powstał: być miejscem rzeczowej debaty o tym, jak rozwiązywać problemy Polaków i Polek (pokrzykiwania i obrażanie ludzi z sejmowej mównicy, które miały miejsce dwa lata temu, trudno nazwać debatą)?

Sejm daje każdemu z Państwa możliwość wyrażania swojego zdania. Do tego zostali Państwo wybrani. Ale żeby móc z tego prawa skorzystać, trzeba wziąć udział w dyskusji. Dwa lata temu większość posłanek i posłów dała wyraźny sygnał, że są przeciwnikami dyskusji, że nie zależy im na tej misji, która jest ich obowiązkiem, a powinna być dla nich największym zaszczytem.

17 grudnia nie chcę po raz kolejny słuchać w Sejmie o prawie boskim i naturalnym – Sejm RP ma zajmować się prawem świeckim. Nie chcę słuchać kłótni o to, czy projekt jest zgodny z Konstytucją – nie Państwo o tym decydują i nie poprzez głosowanie. Nie chcę słuchać, że to temat zastępczy, że ustawa skierowana jest tylko do małej grupy ludzi – czy naprawdę nigdy wcześniej nie głosowali Państwo w sprawach dotyczących jeszcze mniejszego grona, np. o wysokości Państwa uposażeń? Nie chcę słuchać, że projekt jest zły - w czasie dalszych prac w komisjach ustawę można będzie poprawiać.

Szanowni Panowie Posłowie, Szanowne Panie Posłanki, w czwartkowym głosowaniu nie chodzi o Państwa poglądy, tylko o Państwa uczciwość, o uczciwość Państwa pracy.

niedziela, 30 listopada 2014

Nowa praca, nowy gwałt

Przede mną pierwszy dzień w nowej pracy.


Pracy szukałem przez dwa miesiące. - To nieprawda. Przez dwa miesiące próbowałem poukładać sobie życie i zastanowić się "co dalej". Przez dwa miesiące, wiedząc, że jest kryzys w mojej branży, próbowałem wymyślić sobie inną. Przez dwa miesiące usiłowałem znaleźć dla siebie nowe miejsce i określić, co lubię i chcę robić (poza tym, czym zajmowałem się do tej pory), jaka powinna być moja nowa praca.

Okazało się, że moje wcześniejsze założenie, że mógłbym robić wszystko, czyli cokolwiek, bardzo szybko uległo gruntownej rewizji. Zaczęło się od pierwszego dnia radosnego bezrobocia i czytania losowo wybranych ogłoszeń. Potem było coraz gorzej. Niektóre ogłoszenia (a w zasadzie większość z nich) odpychają samą swoją formą i tym samym zniechęcają do odpowiadania na nie, a jeszcze bardziej do pracy z ludźmi, którzy je napisali. Po bliższej analizie zrozumiałem: wszystkie te ogłoszenia pochodziły z korporacji.

Nagle mnie olśniło! Szukam i potrzebuję sensu. Chcę, aby praca, którą będę wykonywał miała sens i chcę, żeby tym sensem było coś, w co wierzę, by był zgodny z moim systemem wartości. Korporacja, dla której liczy się tylko zarabianie pieniędzy i wyprowadzanie ich do centrali za granicą jest sensu zaprzeczeniem. Widać to właśnie już w ogłoszeniach. Wszystkie wyglądają tak samo. Sformatowana jest nie tylko ich rama, ale i treść: te same wymagania, te same obowiązki, te same tzw. korzyści. Co gorsza, napisane to jest koszmarnym językiem, hasłami, korporacyjną nowomową, którą, aby się dowartościować, pracownicy korporacji nazywają, jak dowiedziałem się podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych, językiem biznesowym. Dla mnie (zapewne ze względu na moje filologiczne zainteresowania) jest to zwyczajny bełkot i wyraz braku szacunku dla słowa. A ja słowa bardzo cenię. Niestety obawiam się, że korporacje nie tylko swoje ogłoszenia ujednolicają i nie tylko języka nie szanują. Z uważnej lektury tych ogłoszeń wysnuć można wniosek, że takiemu samemu formatowaniu podlegają pracownicy, a więc że nie docenia się ich indywidualnych tożsamości. Jak inaczej rozumieć wpychanie wszystkim kart zniżkowych, czy wręcz darmowych, na szport (jak mawia ciocia z Niemiec)? Dlaczego nikt nie daje biletów do muzeum lub teatru? W czasie wspomnianej już rozmowy spytałem o możliwość wymiany takiej karty, o możliwość korzystania z oferty kulturalnej, a nie sportowej. Odpowiedziano mi, że pracownicy bardzo sobie kartę chwalą. Nie wątpię! Zdecydowanie najbardziej chwali ją sobie zapewne szefostwo. Istnieje przecież ryzyko, że pracownik, który pójdzie do teatru (nie daj Boże będzie do niego chodził regularnie!) doświadczy kultury, a później zapragnie ją rozumieć, będzie ją czytał i będzie uczył się ją czytać. Rozwinie się dzięki temu emocjonalnie i intelektualnie, zrozumie siebie, swoją wartość i nie da już sobą tak łatwo rządzić, nie da się wykorzystywać i formatować. Lepiej niech więc idzie na szport, jak wszyscy. Żeby zakupu jego duszy dopełnić, korporacja proponuje oczywiście atrakcyjne wynagrodzenie, co po raz kolejny pokazuje, że liczą się tylko pieniądze. I nie łudźmy się, że korporacja płaci dużo z dobroci serca lub szacunku do ludzi. Proponowane wynagrodzenie, choć wysokie, i tak jest niższe od tego, które otrzymaliby pracownicy na Zachodzie, skąd korporacja pochodzi. Płacąc nam dużo, korporacja tak naprawdę płaci mało, w związku z czym jej zysk jest większy, a przecież tylko o to chodzi.

Gdy to wszystko sobie uświadomiłem, poczułem ogromną dumę. Wiedziałem już, że potrzebuję pracy, dającej mi intelektualną wolność i satysfakcję, i że w korporacji tego nie znajdę. Ku memu rozczarowaniu takich ogłoszeń nie ma (przynajmniej nie dla moich doświadczeń i kompetencji). Gotów jestem się przekwalifikować, zwłaszcza by pracować własnymi rękami, zostać rzemieślnikiem, twórcą czegoś namacalnego, w co sam tchnę znaczenie, zostać krawcem, fryzjerem, kwiaciarzem. Miałbym wówczas poczucie uczciwie zarobionych pieniędzy, co dałoby mi dużo więcej szczęścia niż atrakcyjne wynagrodzenie i szport. Znów jednak: nie mam odpowiedniego doświadczenia. Nie stać mnie też na specjalistyczne kursy. Na zostanie samoukiem też mnie nie stać: kończą się oszczędności (tak, po dwóch miesiącach i przeprowadzce do innego miasta; cud że w ogóle miałem oszczędności). Kończy się też rok, coraz bliżej ciężarówki z napojem, którego nazwy nie podam, bo za darmo niczego reklamować nie mam zamiaru.

Przede mną więc pierwszy dzień w korporacji. W międzyczasie być może dowiem się, gdzie znaleźć ogłoszenia z sensem. Wielkie pieniądze, które zarobię, przeznaczę na zdobycie nowych umiejętności. Tak to sobie tłumaczę, usprawiedliwiając się z tego wyboru, wynikającego z braku wyboru. Muszę jakoś się przekonać do pracy, którą z założenia gardzę, bo taki jestem uprzedzony i nietolerancyjny. Boję się, że, o zgrozo!, spodoba mi się w korporacji, że dam się sformatować. Na co mi dusza, skoro mam pieniądze?! Wmawiam więc sobie, że to tylko na chwilę, dopóki nie znajdę czegoś ambitniejszego lub dopóki nie zarobię dość, by się w spokoju oddać nauce jakiegoś rzemiosła, lub zanim korporacje i centra outsourcingowe nie przeniosą się do Afryki (a zrobią to, jestem pewien!).

Niech mnie zgwałci korporacja. Oddaję ciało, ale nie duszę!


czwartek, 27 listopada 2014

Polska polityka nie dojrzała do demokracji



Zaczynam trochę archiwalnie. Poniższy tekst zakiełkował we mnie kilka miesięcy temu, w czasie kampanii i wyborów do Parlamentu Europejskiego, a ostatnią kropkę postawiłem w nim latem (dlatego jest taki długi), po kumulacji dziwów nad Wisłą. Niedawna kampania samorządowa pokazała, że jest on wciąż aktualny i z pewnością będzie również w czasie przyszłorocznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych.


Kampanie wyborcze są dobrą okazją do poznania i porównania poglądów polityków w sposób bardzo intensywny, choć polskie media właściwie codziennie nam taką możliwość dają. Bez trudu dostrzeżemy w czasie licznych debat i dyskusji różnice między partiami, zwłaszcza różnice w dyskursie. Warto wsłuchać się nie tylko w to co mówią, ale też jak mówią.

Politycy różnych ugrupowań powinni się różnić, jeśli system ma być wielopartyjny. Powinni mieć różne poglądy, zwłaszcza polityczne (w końcu nomen omen…). Tymczasem podział na prawicę i lewicę w Polsce ukształtował się wokół spraw obyczajowych, czy tzw. kwestii światopoglądowych (które nie są wcale mniej ważne od innych). To one przecież najbardziej rozpalają emocje naszych polityków (ku uciesze słupków oglądalności), a nie gospodarka, polityka zagraniczna, czy choćby problem bezrobocia. Doskonale ujawniła to kampania wyborcza do europarlamentu, w której nawet nie mówiło się o Europie w kontekście politycznym, za to o Eurowizji, która z Unią Europejską nie ma przecież nic wspólnego, jak najbardziej.

To właśnie konkurs piosenki zawładnął w Polsce końcówką kampanii europejskiej. Przedstawiciele niemal każdej strony sceny politycznej poczuli się w obowiązku zabrać głos na temat zwyciężczyni konkursu i tego, czy reprezentuje ona „naszą”, czyli ich, Europę, czy takiej Europy „chcemy”. Już samo to dotyka dość problematycznej kwestii reprezentacji. Bo jeśli Conchita reprezentuje Europę, a Polska, lub przynajmniej jej część, również chce w Europie być, to czy Austriaczka jest także naszą reprezentantką? I, co ważniejsze, czy jest to godna reprezentacja? Czy drag queen ma w ogóle prawo nas wszystkich reprezentować? Czy są obywatele lepsi i gorsi (w tym wypadku ci, którzy wpisują się w tradycyjny model heteronormy i pozostali), mający prawo godnie reprezentować Polskę i ci, którym tego prawa się odmawia, sadzając „w ostatnich ławach, najlepiej za murem”, jak chciałby pewien były prezydent?

Dyskurs ten sięga oczywiście dużo głębiej i wiąże się przede wszystkim z wszechobecną i wiecznie żywą narracją „my” i „oni”. Nie jest to już jednak historia z gatunku „my stoimy tu, a oni tam”, modna kilka lat temu, nawet nie „my tu, a oni już do nas idą”. Oto wielkie niebezpieczeństwo zdaje się wisieć nad ojczyzną, musi być zatem przedstawiane w sposób wyjątkowo dramatyczny, aby wzbudziło pożądane pokłady strachu. Część polityków i niektóre media mówią więc: „my jeszcze tu jesteśmy, ale już niedługo, bo oni zaraz nas zastąpią”. Miejsca na pluralizm w tej narracji nie ma. Jest albo-albo. Albo my, obrońcy wiary, tradycji, narodu, wszystkiego co nasze, co znane, co przez 123 lata było nam odebrane, a potem ciemiężone; albo oni, obcy, ci sami przecież, którzy naszą naszość nam odebrali, a potem ciemiężyli. Wybór jest zatem między naszą wolnością, a obcą niewolą. Znowu. I wybór ten dokonuje się teraz.

W pewien perwersyjny sposób ten nowy dyskurs przemówił do wielu, po latach wojny polsko-polskiej. Nie ma już przecież rozłamu na Polskę solidarną i liberalną. Politycy stojący kiedyś po dwóch stronach barykady, swobodnie dziś przez nią przechodzą (przeskakują przez płot, tylko że ten płot jest już bardziej wyobrażeniowy) w jedną bądź drugą stronę. Polska jest jedna – katolicka i ta Polska się jednoczy wobec zewnętrznego wroga, który nadchodzi, by zniszczyć to, co Polscekatolickiej drogie. Ileż razy słyszeliśmy o „obcej ideologii gender”? Równie obcej, co marksizm, a skoro tak, to to na pewno to samo. Obca jest przecież tęcza, bo polskie są barwy biało-czerwone i takie powinny stanąć na Placu Zbawiciela, bo i Zbawiciel jest nasz. Obcy jest homoseksualizm, którego „kiedyś w Polsce nie było”, a który przypałętał się z zepsutego zachodu, by, jak tam, zniszczyć rodzinę. Obca jest Conchita Wurst, która marzy pewnie, jak jej niesławny rodak sprzed siedemdziesięciu lat, tylko o tym, by Polskękatolicką z map usunąć. A jakby narodowość nie była wystarczającym podobieństwem, to obie postaci są rozpoznawalne po charakterystycznym zaroście na twarzy (brodzie u jednej, wąsiku u drugiej). Obca jest „Golgota Picnic” i jej wywrotowe treści, demaskujące fasadową religijność (taką polskokatolicką). Ach! Nie ma się co dziwić – Argentyna to przecież kraj rewolucyjny, komunistyczny, z natury antykatolicki, a więc antypolski. Obcy jest zatem i Franciszek – Argentyńczyk – bo to nie jest już „nasz” papież. W dodatku mówi o ubóstwie księży, o otwarciu Kościoła na tych, których dotąd z niego wykluczano, a to nie jest zgodne z polską tradycją. Obcy są podsłuchujący naszych polskich polityków Rosjanie. A nawet jeśli nie są obcy, to gdzieś w tle afery jest obcy, rosyjski węgiel…

Czy to nie jest mroczna wizja? Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by na to pozwolił? Oburzenie, poruszenie i zacieśnianie szeregów są jak najbardziej prawidłowymi reakcjami obronnymi wobec obcej inwazji. Lub raczej byłyby, gdyby zagrożenie było rzeczywiste. Bowiem wbrew tym mrożącym krew w żyłach opowieściom, których jedynym celem jest chyba wywołanie nieuzasadnionej paniki, nie ma żadnych ideologów gender, którzy będą masowo przerabiać „naszych” chłopców w dziewczynki i odwrotnie. Nie ma homoseksualistów, którzy niszczą rodzinę, a tylko ci, którzy domagają się prawa do założenia własnych rodzin, uznanych przez prawo. Nikt też nie rozkaże, by wszyscy artyści zapuścili brody i występowali w sukienkach i nikt nie będzie zmuszał Polaków, pod groźbą rozstrzelania, do oglądania tych występów. Nikt nie będzie wywierał nacisku, by Polacykatolicy wyrzekli się swojej wiary i uczestniczyli w wydarzeniach kulturalnych mniej lub bardziej sprzecznych z ich religią. Człowiek człowiekowi wilkiem, a Polak Polakowi Polakiem i naprawdę nie potrzebujemy pomocy obcych, by kierować się w naszych relacjach najniższymi pobudkami.

Skoro brzmi to wszystko tak absurdalnie, to dlaczego ten dyskurs działa? Dlaczego tak wiele osób dało się przekonać, że „jak nie my, to oni”, że to co nie jest polskokatolickie, musi nas zniszczyć? Że dwa różne światopoglądy muszą się nawzajem zwalczać, że nie mogą funkcjonować obok siebie? Dlaczego nie chcemy zaakceptować „i”? Dlaczego dociera do nas tylko „albo-albo”, tłumaczone jako walka na śmierć i życie? Dlaczego Polacy tak bardzo potrzebują wroga, że sami go sobie stwarzają? Można wręcz odnieść czasem wrażenie, że tylko poprzez opozycję do obcego potrafią się zdefiniować – stąd to esencjonalne „my-oni”. Z tego samego chyba powodu wszyscy „oni” zostali wrzuceni do jednego worka: i ci sprzed dwustu lat, i ci sprzed pięćdziesięciu, i ci współcześni. Nie trudno sobie wyobrazić, że taki amalgamat musi budzić emocje i przywoływać najgorsze wspomnienia o urażonej narodowej dumie.

Dlatego właśnie temu straszydłu wiedzie się w Polsce tak dobrze: gender-zabory, gender-Katyń, gender-stan wojenny, a pewnie i gender-Smoleńsk, bo tam przecież również „my” byliśmy „ich” ofiarami. W narracji „my-oni” jesteśmy tylko jedni „my”, a „oni”, czyli straszak na „nas”, też są jedni. Wróg jest dzięki temu bardziej „nasz”, znany, identyfikowalny, a przez to bardziej wrogi. Gdyby nie te konotacje, ani gender, ani Eurowizja, ani teatr nie byłyby największym zagrożeniem dla Polski, jak jest to ostatnio przedstawiane. Bo czy ktokolwiek mógłby pomyśleć, widząc Conchitę Wurst, że będzie ona siać zniszczenie, że będzie narzędziem destrukcji polskiej rodziny? Czy ktokolwiek by w to uwierzył, gdyby jej wizerunek nie został obudowany dyskursem „my-oni”, gdyby nie wmówiono nam, że inny lub obcy oznacza wroga, czyli widmo kolejnych zaborów? A skoro jest wróg, skoro został zidentyfikowany – nie, nie Bogu ducha winna Conchita, nie gender, ale wszystko to co nie jest Polskąkatolicką – to trzeba walczyć, czyli bronić się. Walka jest bowiem wpisana w trzon „naszej” tożsamości. Polskakatolicka musi walczyć ontologicznie: przez ostatnie 200 lat istniała, bo walczyła i już nie potrafi inaczej.

Narracja „my-oni” ujawnia jeszcze jeden bardzo groźny aspekt doktryny polskokatolickiej, która wżera się w polską demokrację: dualizm, który bardziej obrazowo można też nazwać daltonizmem. Skoro jesteśmy jedni „my” i skoro są jedni „oni”, to znaczy nie tylko, że nie dostrzega się żadnych indywidualności, lecz również że a priori staje się w opozycji do wszystkich i wszystkiego i trzeba to zwalczać w imię jedynej słusznej prawdy – jedynej, która ma prawo istnieć.

Problemem polskiej demokracji jest zatem głównie to, że jej nie ma; i nie może jej być, i nie będzie dopóty, dopóki władzę w Polsce sprawować będą ci, którzy pojęcia demokracji nie rozumieją, czyli ci, którzy ową „polską demokrację” tworzyli po roku 1989. Nie rozumieją oni i nie mogą rozumieć, czym jest demokracja, bo zwyczajnie nie mieli gdzie się tego nauczyć. Nie do końca ich usprawiedliwiam, bo od kilku lat możliwości dokształcenia są na wyciągnięcie ręki, ale jest mi zwyczajnie przykro z ich powodu. Widzą oni bowiem świat czarno-biały; nawet nie czarny i biały, co przecież równałoby się z uznaniem, że „oni” mają takie same prawa i wolności jak „my”; broń Boże nie we wszystkich kolorach tęczy, czyli dostrzegając i akceptując to, że wszyscy, i „my”, i „oni”, jesteśmy różni. Świat czarno-biały (jak świat „my-oni”) jest światem walki.

Nie należy chyba jednak oczekiwać więcej od ludzi, którzy wychowali się w systemie, który też postrzegał świat jako czarno-biały. Patologia zdaje się być dziedziczna i objawia się teraz tym radykalniej, że pomnożona jest przez źle pojęte poczucie sprawiedliwości dziejowej. Skoro wcześniej nie było miejsca dla Polskikatolickiej, skoro była ona przez lata ciemiężona i prześladowana w imię jedynego słusznego systemu, par un juste retour des choses władza Polskikatolickiej nie widzi teraz miejsca dla innych światopoglądów. Komunizm był jednomyślnością i jednowładzą „ich”. Demokracja Polskokatolicka musi być zatem jednomyślnością i jednowładzą „nas”. Takie pojmowanie demokracji w naturalny sposób wyklucza pluralizm i (wolny) wybór, leżące przecież u podstaw prawdziwej demokracji. Zwolennicy Polskikatolickiej, choć pewnie tego nie chcą, odtwarzają w gruncie rzeczy ten sam schemat, któremu się przeciwstawiali – bo nie znają innego. Kiedyś było „ich” na wierzchu, więc sprawiedliwie będzie, jeśli teraz będzie „nasze”. Jeśli komuś „nasz” światopogląd się nie podoba – nie chce go przyjąć i wyznawać razem z „nami”, to jest „naszym” wrogiem. Co więcej, dyskurs ten stypuluje (i to jest najbardziej absurdalne i niebezpieczne), że jeśli „oni” nie chcą przyjąć „naszego”, to znaczy, że chcą „nam” narzucić „ich”, przed czym trzeba się bronić, czyli walczyć. Pojęcie wyboru należy do innej rzeczywistości. Nie mieści się w polskokatolickich umysłach, że mogą żyć po swojemu, a reszta po swojemu.

Doskonale zilustrowała to jedna z przedstawicielek polskokatolickiej sceny politycznej, gdy po konkursie Eurowizji ogłosiła wszem i wobec, że ona sobie nie życzy, aby coś takiego pokazywano w telewizji. Głucha była na to, że inni sobie tego życzą, głucha była na to, że koncert z Kopenhagi transmitowała tylko jedna stacja i przecież mogła w tym czasie oglądać na innych kanałach programy zgodne z jej światopoglądem, polityką, opiniami, religią… Głucha była na to, że miała wybór, bo chodziło jej o to właśnie, aby wybór ludziom odebrać. Telewizja, ale przecież nie tylko, powinna reprezentować jednomyślną jednowładzę polskokatolicką, a dla innych nie ma miejsca. Won! Polskakatolicka sobie nie życzy, więc inni nie będą mieli. Ot taka polityka rodem z piaskownicy. Ale nie chodzi o to, że polska demokracja jest niedojrzała. Chodzi o to, że Polska nie dojrzała do demokracji.

Eurowizja to nie jest odosobniony przypadek. Przy okazji poznańskiej Malty sytuacja powtórzyła się. Polskakatolicka nie życzyła sobie oglądać „Golgoty Picnic”, więc postanowiła i innym to uniemożliwić, oprotestować, zablokować. Przepadła też, wśród krzyków pewnego wszystkowidzącego księdza i kilku nie dopuszczających nikogo do głosu posłanek, propozycja wyboru przez rodziców formy zajęć z edukacji seksualnej – według najnowszych standardów i wiedzy, lub po katolicku. Bo po co dawać wybór, skoro wiadomo, że edukacja katolicka sprawdzi się najlepiej i wszystkich nauczy przyzwoitości i wstrzemięźliwości, przez co problemy same się rozwiążą? Wypowiedzi w dokładnie tym samym nurcie zawładnęły niedawno mediami w odniesieniu do aborcji, na którą wprawdzie, teoretycznie, kobieta może się zdecydować w szczególnych przypadkach, ale jak pokazuje ostatnia praktyka, wyboru dokonuje nie sama zainteresowana, a katolickie sumienie lekarza. Nie inaczej wyglądała namiastka debaty o związkach partnerskich. Znów chodziło o wybór: wybór pomiędzy życiem w zgodzie z prawem (świeckim? kościelnym? – niektórym uczestnikom i uczestniczkom dyskusji te instancje chyba się myliły) – czyli w związku przez prawo uznanym, a życiem poza prawem – w związku bez żadnej prawnej ochrony. Pary heteroseksualne ten wybór mają, za pary homoseksualne decyzję podjęła „katolicka reprezentacja narodu”.
Nie będę próbował wyjaśniać, czego konkretnie dotyczyła każda z tych spraw, nie będę argumentował, ani na rzecz, ani przeciw nim, nie będę nikogo przekonywał do zmiany poglądów, bo nie tego ten tekst dotyczy. Ważne jest jednak pokazanie pewnego schematu działania, który niszczy to, co w polskiej demokracji z demokracją jakiś związek jeszcze ma.

Jeśli, na przykład, pozwolimy na związki partnerskie, a więc damy ludziom wybór, to wszyscy staną się homo i ludzkość wymrze. – Takie argumenty przecież padały nawet z sejmowej mównicy. Analiza logiki tej tezy jest poniżej czyjejkolwiek godności i inteligencji. Warto tu jednak zwrócić uwagę na coraz powszechniejsze założenie zastępowalności, o którym pisałem już na początku: przyjdą „oni” – w tym wypadku homoseksualiści – i wszystkich zamienią w gejów i lesbijki.

Skąd bierze się ten strach przed wymarciem? Myślę, że wiąże się to z ocenianiem innych swoją miarą. Sądzimy, że „oni” chcą się „nas” pozbyć, bo „my” chętnie byśmy się „ich” pozbyli. Pokazała to dość dobitnie w czasie kampanii europejskiej jedna z partii hasłem „Nie dla homo”. Tak jak kiedyś „Nie dla Żydów”. „Nie” – czyli nie ma dla was miejsca w tym kraju, w tym społeczeństwie, a skoro wybory były europejskie, to pewnie i w Europie. To właśnie ten strach, strach że inni zrobią „nam” to, co „my” chcemy zrobić im, generuje dyskurs, w którym Polacykatolicy stawiają się w roli ofiar, dyskurs, który insynuuje, że ktoś już im czegoś odmawia, już im odbiera katolicką wolność, podczas gdy to oni odmawiają wszystkim (nawet sobie!) prawa wyboru, wolności do życia w zgodzie z prawem świeckim, a nie kościelnym. Samego Boga próbują przy tym poprawiać, który dał przecież ludziom wolną wolę.

Tylko że wolna wola to wybór, a wybór jest procesem demokratycznym, który Polscekatolickiej jest obcy. Z możliwości wyboru wynika bowiem ryzyko, że Polskakatolicka nie zostanie wybrana, przez co straci swoje wpływy. Władzy religijnej w Polsce zależy tymczasem na zachowaniu realnego wpływu na władzę świecką, popartego przecież wielowiekową tradycją. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby Kościół obowiązywały w tym zakresie te same zasady, co inne instytucje, organizacje, grupy. Niestety ma on w tym względzie specjalne przywileje, które są niezrozumiałe i świadczą jedynie o fikcyjności rozdziału państwa od Kościoła, o mityczności państwa neutralnego światopoglądowo. Czy, wracając do naszego przykładu, państwo świeckie ingeruje w to, kto może zawrzeć ślub kościelny? Biskupi wymusili tymczasem konstytucyjny zapis, definiujący podobno małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, co miało uniemożliwić małżeństwa osób tej samej płci. Nie jest tajemnicą, że episkopat dosłownie dyktował zapisy niektórych ustaw, co zawsze jest kuriozalnie nazywane kompromisem (aborcyjnym, konstytucyjnym…). Nikt inny nie ma takiej możliwości, nawet ci, których te zapisy rzeczywiście dotyczą.

Zasadniczo nie mam nic przeciwko Kościołowi. Mam mu jedynie za złe to, że za bardzo ingeruje w sprawy państwa świeckiego, kpiąc sobie z procedur demokratycznych. Mam też za złe rządzącym, że na to pozwalają. Jeśli dopuszczalnym, a często wręcz decydującym argumentem na mównicy sejmowej jest ten o prawie boskim czy naturalnym, to znaczy, że państwo polskie jest bardzo zagubione. Niech politycy mają dowolne opinie i poglądy, ale w sejmie powinni uchwalać prawo świeckie, a nie naturalne, w oparciu o wartości demokratyczne, takie jak wolność i równość. Może Polacy lepiej by to rozumieli, gdyby te wartości były elementem tradycji polskiej, tak jak są np. we francuskiej dewizie wolność, równość, braterstwo. Polską dewizą jest jednak Bóg, honor, ojczyzna i już samo to jest sprzeczne z demokracją, bo przecież ani Boga, który ma być naszą najwyższą wartością, ani, co za tym idzie, Kościoła nie obowiązują demokratyczne zasady i świeckie prawo.

O co tu chodzi? Czyli tytułem wstępu.



Merkurochrom jest substancją stosowaną (zwłaszcza w przeszłości) jako antyseptyk, środek odkażający.
Słowa mają podobną moc. Zacząłem pisać, gdyż to pomaga mi radzić sobie ze światem, w myśl zasady, że rzeczywistość opisana jest mniej groźna.
Już Menander twierdził, że słowo jest lekarzem. Nie mam złudzeń, że moje bazgroły świata nie uleczą, ale przynajmniej pomogą mi go zrozumieć oraz zrozumieć mnie samego. Takie oswajanie rzeczywistości słowem też jest działaniem antyseptycznym.

Mam swoje zdanie i nie zawaham się go wyrazić, zwłaszcza niepytany. Sądzę, że publiczne dzielenie się moimi opiniami i przemyśleniami bardziej niż pisanie jedynie do szuflady może mieć charakter terapeutyczny. Tym siła słów jest bowiem większa, im szersze jest grono ich odbiorców. Kto wie, być może to, co pomaga mnie, pomoże jeszcze komuś? Stąd więc forma bloga jako antyseptyku. Stąd właśnie, Niepytany, stworzyłem Merkurochrom i przepisuję go sobie jako lek na bóle rzeczywistości.