Przede mną pierwszy dzień w nowej pracy.
Pracy szukałem przez dwa miesiące. - To nieprawda. Przez dwa miesiące próbowałem poukładać sobie życie i zastanowić się "co dalej". Przez dwa miesiące, wiedząc, że jest kryzys w mojej branży, próbowałem wymyślić sobie inną. Przez dwa miesiące usiłowałem znaleźć dla siebie nowe miejsce i określić, co lubię i chcę robić (poza tym, czym zajmowałem się do tej pory), jaka powinna być moja nowa praca.
Okazało się, że moje wcześniejsze założenie, że mógłbym robić wszystko, czyli cokolwiek, bardzo szybko uległo gruntownej rewizji. Zaczęło się od pierwszego dnia radosnego bezrobocia i czytania losowo wybranych ogłoszeń. Potem było coraz gorzej. Niektóre ogłoszenia (a w zasadzie większość z nich) odpychają samą swoją formą i tym samym zniechęcają do odpowiadania na nie, a jeszcze bardziej do pracy z ludźmi, którzy je napisali. Po bliższej analizie zrozumiałem: wszystkie te ogłoszenia pochodziły z korporacji.
Nagle mnie olśniło! Szukam i potrzebuję sensu. Chcę, aby praca, którą będę wykonywał miała sens i chcę, żeby tym sensem było coś, w co wierzę, by był zgodny z moim systemem wartości. Korporacja, dla której liczy się tylko zarabianie pieniędzy i wyprowadzanie ich do centrali za granicą jest sensu zaprzeczeniem. Widać to właśnie już w ogłoszeniach. Wszystkie wyglądają tak samo. Sformatowana jest nie tylko ich rama, ale i treść: te same wymagania, te same obowiązki, te same tzw. korzyści. Co gorsza, napisane to jest koszmarnym językiem, hasłami, korporacyjną nowomową, którą, aby się dowartościować, pracownicy korporacji nazywają, jak dowiedziałem się podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych, językiem biznesowym. Dla mnie (zapewne ze względu na moje filologiczne zainteresowania) jest to zwyczajny bełkot i wyraz braku szacunku dla słowa. A ja słowa bardzo cenię. Niestety obawiam się, że korporacje nie tylko swoje ogłoszenia ujednolicają i nie tylko języka nie szanują. Z uważnej lektury tych ogłoszeń wysnuć można wniosek, że takiemu samemu formatowaniu podlegają pracownicy, a więc że nie docenia się ich indywidualnych tożsamości. Jak inaczej rozumieć wpychanie wszystkim kart zniżkowych, czy wręcz darmowych, na szport (jak mawia ciocia z Niemiec)? Dlaczego nikt nie daje biletów do muzeum lub teatru? W czasie wspomnianej już rozmowy spytałem o możliwość wymiany takiej karty, o możliwość korzystania z oferty kulturalnej, a nie sportowej. Odpowiedziano mi, że pracownicy bardzo sobie kartę chwalą. Nie wątpię! Zdecydowanie najbardziej chwali ją sobie zapewne szefostwo. Istnieje przecież ryzyko, że pracownik, który pójdzie do teatru (nie daj Boże będzie do niego chodził regularnie!) doświadczy kultury, a później zapragnie ją rozumieć, będzie ją czytał i będzie uczył się ją czytać. Rozwinie się dzięki temu emocjonalnie i intelektualnie, zrozumie siebie, swoją wartość i nie da już sobą tak łatwo rządzić, nie da się wykorzystywać i formatować. Lepiej niech więc idzie na szport, jak wszyscy. Żeby zakupu jego duszy dopełnić, korporacja proponuje oczywiście atrakcyjne wynagrodzenie, co po raz kolejny pokazuje, że liczą się tylko pieniądze. I nie łudźmy się, że korporacja płaci dużo z dobroci serca lub szacunku do ludzi. Proponowane wynagrodzenie, choć wysokie, i tak jest niższe od tego, które otrzymaliby pracownicy na Zachodzie, skąd korporacja pochodzi. Płacąc nam dużo, korporacja tak naprawdę płaci mało, w związku z czym jej zysk jest większy, a przecież tylko o to chodzi.
Gdy to wszystko sobie uświadomiłem, poczułem ogromną dumę. Wiedziałem już, że potrzebuję pracy, dającej mi intelektualną wolność i satysfakcję, i że w korporacji tego nie znajdę. Ku memu rozczarowaniu takich ogłoszeń nie ma (przynajmniej nie dla moich doświadczeń i kompetencji). Gotów jestem się przekwalifikować, zwłaszcza by pracować własnymi rękami, zostać rzemieślnikiem, twórcą czegoś namacalnego, w co sam tchnę znaczenie, zostać krawcem, fryzjerem, kwiaciarzem. Miałbym wówczas poczucie uczciwie zarobionych pieniędzy, co dałoby mi dużo więcej szczęścia niż atrakcyjne wynagrodzenie i szport. Znów jednak: nie mam odpowiedniego doświadczenia. Nie stać mnie też na specjalistyczne kursy. Na zostanie samoukiem też mnie nie stać: kończą się oszczędności (tak, po dwóch miesiącach i przeprowadzce do innego miasta; cud że w ogóle miałem oszczędności). Kończy się też rok, coraz bliżej ciężarówki z napojem, którego nazwy nie podam, bo za darmo niczego reklamować nie mam zamiaru.
Przede mną więc pierwszy dzień w korporacji. W międzyczasie być może dowiem się, gdzie znaleźć ogłoszenia z sensem. Wielkie pieniądze, które zarobię, przeznaczę na zdobycie nowych umiejętności. Tak to sobie tłumaczę, usprawiedliwiając się z tego wyboru, wynikającego z braku wyboru. Muszę jakoś się przekonać do pracy, którą z założenia gardzę, bo taki jestem uprzedzony i nietolerancyjny. Boję się, że, o zgrozo!, spodoba mi się w korporacji, że dam się sformatować. Na co mi dusza, skoro mam pieniądze?! Wmawiam więc sobie, że to tylko na chwilę, dopóki nie znajdę czegoś ambitniejszego lub dopóki nie zarobię dość, by się w spokoju oddać nauce jakiegoś rzemiosła, lub zanim korporacje i centra outsourcingowe nie przeniosą się do Afryki (a zrobią to, jestem pewien!).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz