środa, 15 czerwca 2016

Po Paradzie Równości i zamachu w Orlando walka z homofobią trwa

W sobotę 11 czerwca ulicami Warszawy przeszła po raz szesnasty Parada Równości. W kolorowym, radosnym pochodzie 35 tysięcy ludzi chciało zaznaczyć swoją i swoich bliskich obecność w społeczeństwie, obecność, którą wielu (począwszy od polityków) chciałoby przemilczeć, wręcz zanegować, gdyż jest to obecność niewygodna. Udawanie że osoby homo, bi czy transseksualne, ich rodziny i przyjaciele, uczestnicy i uczestniczki Parady Równości nie istnieją, pozwala bowiem ignorować fakt, że odmawia się im praw obywatelskich, praw człowieka.


Przy milczącej aprobacie władz atakowane są więc siedziby organizacji, stających w obronie mniejszości. Niejednokrotnie też ofiarami agresji fizycznej i słownej padają osoby homoseksualne lub transpłciowe, ich sojusznicy, oraz zupełnie przypadkowe osoby heteroseksualne (bo wygląda jak gej), a źródłem tych napaści jest homofobia i niczym nieuzasadniona nienawiść.

Pomimo tak nieprzychylnej pod rządami PiSu atmosfery (bo oczywistym jest, że stosunek władz do mniejszości stanowi przykład dla reszty społeczeństwa), 35 tysięcy ludzi wyszło na ulice, by zaprotestować przeciw lekceważeniu ich problemów.

Następnego dnia obudziliśmy się w świecie zbrukanym krwią ofiar zamachu w Orlando.

Wiele polskich (z publicznymi na czele) i zagranicznych mediów przemilczało homofobiczny motyw zamachu. To oczywiste. Przyznać, że ofiary należały do społeczności LGBT, to przyznać, że homofobia, również ta nasza, codzienna, polska, zabija. O tym, że do strzelaniny doszło w gejowskim klubie wspomniała Młodzież Wszechpolska, ale tylko po to, by, cytując Stary Testament, wyrazić poparcie dla sprawcy.

Gdy ujawniono, że zamachowiec miał afgańskie korzenie i powoływał się na państwo islamskie, świat zalała fala ksenofobicznych komentarzy, mówiących o kolejnym etapie wojny cywilizacji islamu z Zachodem. Co ciekawe, adresowane one są także do osób nieheteronormatywnych. Zjawisko to nie ominęło Polski, żyjącej wciąż sprawą uchodźców, których tu nie ma. Jednym z postulatów Parady Równości jest bowiem otwarcie na uchodźców i obcokrajowców, a teraz niektórzy próbują przekonywać, że to właśnie ta otwartość doprowadziła do tragedii w Orlando, że przyjęcie uchodźców w Polsce, w Europie wywoła podobne zdarzenia.

Otóż ci, którzy tak twierdzą, szczując gejów (bo jak gej, to lewak, a jak lewak, to za imigrantami) przeciw muzułmanom, nie robią tego w trosce o bezpieczeństwo osób nieheteroseksualnych. Ci, którzy dziś próbują napuszczać gejów na muzułmanów, jeszcze wczoraj wołali „pedały do gazu”, a jutro sami chętnie wymierzyliby broń, którą zresztą wręczy im Antoni Macierewicz, w kolejną Paradę Równości.

Jestem gejem i nie życzę sobie, by homofobia zamachowca wykorzystywana była do podsycania islamofobii przez ludzi o równie homofobicznych co on poglądach.

Jean-Luc Mélenchon, francuski europarlamentarzysta, słusznie zauważa, że to "nie zabójca nadaje sens zbrodni, ale jego ofiary". W Orlando nie zginęły i nie zostały ranne przypadkowe ofiary islamskiego fanatyzmu. Tak samo jak w styczniu 2015, w zamachu na redakcję Charlie Hebdo, nie zostało zaatakowane przypadkowe biuro, a wzięcie zakładników w koszernym supermarkecie, dwa dni później, nie miało miejsca w przypadkowym sklepie. Podobnie liczne ostatnio pobicia obcokrajowców w Polsce nie są atakami na przypadkowych przechodniów. Można tak wymieniać bez końca.

Jak fałszywie brzmią słowa wsparcia i solidarności, wysyłane do Orlando, a jednocześnie negujące istnienie homofobii. Bowiem pomijanie motywu tego masowego zabójstwa sprawia, że jego ofiary i potencjalne ofiary kolejnych, podobnych zbrodni, które z pewnością będą miały miejsce, stają się niewidzialne.

Jestem gejem i czuję się dotknięty tym, co wydarzyło się tysiące kilometrów stąd, za oceanem. Czuję się dotknięty, bo homofobia, która doprowadziła do tej tragedii, dotyka codziennie mnie, moich znajomych i moją rodzinę tutaj, w Polsce. Codziennie jestem świadkiem przemocy słownej, psychicznej i fizycznej, jakiej doświadczamy z racji naszej inności. Od dziecka żyłem w strachu, przytłoczony presją rodziny i społeczeństwa – to też jest forma przemocy. Wierzyłem, że to się zmieni. Zmienia się na gorsze.

Jednak już się nie boję. Dziś jestem wściekły.

http://planet.deafqueer.com/in-case-youre-confused/
Dlatego w sobotę dumnie uczestniczyłem w Paradzie Równości, a w poniedziałek zapaliłem znicz pod Ambasadą Stanów Zjednoczonych.

Jestem wściekły na skalę homofobii (tej milczącej i tej wyjątkowo głośnej) w Polsce, jaką ujawniła masakra w Orlando. Jestem wściekły, że komentarze po zamachu udowadniają przede wszystkim, jak odległe jest zwycięstwo w walce z homofobią.

Dlatego właśnie potrzebna jest Parada Równości, ale nie raz w roku, a każdego dnia. I ja mam zamiar tą codzienną Paradą Równości być i dumnie, zawsze i wszędzie nosić tęczę – tęczowy pasek, tęczową przypinkę itp. – bo tęczowa flaga, to nie biała flaga. Niech to każdy homofob zapamięta. Walka trwa.

poniedziałek, 23 maja 2016

O mediach publicznych vel narodowych


Od kilku tygodni zastanawiam się, kto uprawia większą propagandę – rząd, czy TVP.


Że media publiczne różnią się w swym przekazie od prywatnych jest oczywiście zupełnie zrozumiałe – zawsze tak było. I piszę to bez krzty oceny jednych bądź drugich. Na kształt prasy zawsze coś lub ktoś miał wpływ, jak nie polityka, to pieniądze.

Niezależnie od tych wpływów media powinny jak najbardziej kontrolować i kwestionować poczynania władzy. O ile te prywatne, w swoich serwisach informacyjnych, krytykowały dotąd zarówno rząd, jak i opozycję, zachowując przynajmniej pozory obiektywizmu, o tyle telewizja publiczna była zawsze dużo bardziej jednoznaczna.

Pamiętam doskonale, że już za rządów Platformy Obywatelskiej Wiadomości były wyjątkowo propisowskie. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę, zjawisko to zostało wyniesione na szczyty absurdu i stało się nie do zniesienia.

Ale do rzeczy. Oglądam ostatnio Fakty i Wiadomości, bo dywersyfikacja źródeł informacji jest jedynym sposobem na zachowanie zdrowego rozsądku w świecie dzisiejszych mediów. Niestety coraz częściej najzwyczajniej trafia mnie szlag, gdy słucham telewizji publicznej.
Przykłady? Proszę bardzo.

10 kwietnia 2016. 6 rocznica katastrofy smoleńskiej. Poranne uroczystości odbywały się w kilku miejscach, między innymi w Smoleńsku, na Wojskowych Powązkach i na Krakowskim Przedmieściu. TVP Info relacjonuje dwa pierwsze wydarzenia urywanymi zdjęciami (bez dźwięku, bo w tym czasie goście w studio opowiadają o zamachu). Potem nastąpiła pełna, nieprzerwana transmisja z Apelu pamięci pod Pałacem Prezydenckim, który wyglądał następująco:

  • odczytanie nazwisk ofiar
  • Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, złoży kwiaty w hołdzie ofiarom katastrofy
  • modlitwa.


Premier Beata Szydło stała obok prezesa, w zasadzie nie wiadomo po co.

Ewidentnie była to uroczystość partyjna, żeby nie powiedzieć prywatna Jarosława Kaczyńskiego. Kukiełkowa obecność Beaty Szydło tego nie zmienia.

Jasne, Jarosław Kaczyński i PiS mają prawo do urządzania dowolnych uroczystości, marszy i apeli. To mnie nie oburza, do tego przywykliśmy. Rocznica katastrofy zamieniona znów została w spektakl jednego człowieka. Trudno.

Tylko dlaczego telewizja publiczna serwuje nam pełną transmisję na żywo, nie zakłóconą nawet słowem komentarza, tej prywatnej uroczystości, a nie tego, co działo się na Powązkach, gdzie miały miejsce bardziej ogólne obchody?

TVPiS? Po 10 kwietnia to jak najbardziej uzasadniona parafraza (lub raczej przezwisko).

Obchody rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim trudno określić jako partyjne. Jednak i tu media, zwane przez niektórych reżimowymi, znalazły coś dla siebie i propartyjnej (bo nie prorządowej) propagandy. Wiadomości skupiły się nie na relacji z uroczystości, a na krytyce prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wszystko przez jeden fragment jej wystąpienia:

"Kilka miesięcy temu we Wrocławiu spalono kukłę Żyda, a kilka dni temu, w ślad za milczącą postawą polityków podczas tamtych wydarzeń, w Katedrze w Białymstoku odprawiono mszę, podczas której szkalowano Polaków i Polki o odmiennych poglądach. Niektórym narodowościom nawet odbierano prawo istnienia. Nie może być i trudno w to uwierzyć, że w kraju, który przeżył już podobne sytuacje w historii, może być milcząca zgoda na takie zachowania".

Reportaż głównego serwisu informacyjnego TVP wyglądał następująco:

  • Hanna Gronkiewicz-Waltz odczytuje powyższe słowa
  • kilka osób, związanych oczywiście z PiSem) wypowiada się w charakterze ekspertów. Wypowiedzi są dość krótkie i odmieniane są w nich naprzemiennie słowa: międzypartyjna rozgrywka, gra polityczna, gierki partyjne
  • kontrargumenty wobec krytyków prezydent Warszawy.

No właśnie. Żadnej polemiki nie było.

Oczywiście członkowie i sympatycy Prawa i Sprawiedliwości mają prawo do wyrażania własnych opinii (bądź opinii Jarosława Kaczyńskiego). Od Wiadomości oczekiwałbym jednak bardziej zrównoważonego dziennikarstwa, a nie tylko powtarzania pisowskiego przekazu dnia. Czy założenie jest takie, że gdy wiele osób powtórzy jedno zdanie, to staje się ono prawdziwe?

Przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz nie powiedziała nic, co nie byłoby zgodne ze stanem faktycznym. Wspomniane przez nią wydarzenia miały miejsce, a krytyka władzy i polityków, zawarta w jej wypowiedzi, dotyczy także Platformy Obywatelskiej (z którą związany jest choćby prezydent Białegostoku). Wkrótce potem zlikwidowano Radę do spraw Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji, a w ślad za tym dowiedzieliśmy się, że rasizm nie przeszkadza pełnomocnikowi rządu ds. równego traktowania.

Gierki partyjne? Wiadomości, seriously?

Media publiczne wkrótce staną się narodowe. Kiedyś nikogo by to pewnie nie oburzało. Narodowe jest przecież Muzeum. I PGE jest Narodowy (cokolwiek to znaczy). Jest i Teatr Narodowy. I jest to dobre, znaczy, że te instytucje są wspólne i służą wszystkim Polkom i Polakom. Odkąd jednak prawica przywłaszczyła sobie monopol na patriotyzm, określając jednocześnie wrogami Polski i Narodu wszystkich tych, którzy się z jej poglądami nie zgadzają, a więc, de facto, wykluczając z Narodu przeciwników politycznych, przymiotnik narodowy zyskał nowe, odrażające znaczenie, związane z jedną opcją polityczną i przywołujące na myśl nazizm. Etymologia tego ostatniego terminu też zresztą zakorzeniona jest w słowie naród.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Prawo do aborcji a sprawa polskiej demokracji



„Wolność jednych kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugich” – głosi słynne powiedzenie, które cytuje się w zasadzie jako definicję wolności. W demokracji najważniejszą z wolności jest wolność wyboru. To podstawowe prawo ustroju demokratycznego dotyczy nie tylko wyboru władz, ale każdej sfery życia politycznego, społecznego i osobistego.


Próba odebrania ludziom tego prawa powinna niepokoić nas w stopniu najwyższym jako zbrodnia przeciwko demokracji, a państwo, które się tego dopuszcza, nie może dłużej nazywać się demokratycznym.

Państwo, które chce stać się sumieniem i jedynym zarządcą obywateli pozbawionych wyboru, a co za tym idzie prawa do decydowania o sobie, o swoim losie, to wizja, która w Europie XXI wieku nie powinna mieć prawa bytu nawet w rozważaniach teoretycznych. Tymczasem rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ustaje w dążeniu do realizacji takiej polityki. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, bo przecież na długo przed zeszłorocznymi wyborami Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy (nie tylko z PiSu) wypowiadali się w tonie sugerującym chęć ograniczenia, czy wręcz odebrania innym prawa wyboru. I nie chodziło tylko o aborcję. Nawet w sprawie tak błahej jak Eurowizja Beata Kempa domagała się zakazu emisji koncertu w telewizji publicznej, bo ona nie życzyła sobie oglądać Conchitę Wurst. Niby nic, a jednak prawo do zmiany kanału było przez parę tygodni tematem rozpalającym polską politykę.

Niedawny pomysł uniemożliwienia polskim obywatelom zawarcia jednopłciowego związku w krajach, które wprowadziły do swych systemów prawnych takie rozwiązania, idzie w tym samym kierunku. Nie inaczej jest z ograniczeniami w dostępie do antykoncepcji (pigułka „dzień po”) i z pomysłem całkowitego zakazu aborcji, wspieranym przez rząd

To wszystko bardzo poważnie narusza nasze prawo wyboru, a więc naszą demokrację.

W imię czego? Na jakim ołtarzu poświęcone zostanie zdrowie i życie kobiet oraz ich godność? W obronie płodów – przepraszam – „dzieci nienarodzonych” (bo tak teraz nazywa się ten bezkształtny zlepek komórek w pierwszych tygodniach ciąży, który do końca trzeciego miesiąca nie ma nawet w pełni ukształtowanej tkanki kostnej, ani nawet własnej krwi, bo jego szpik jeszcze jej nie produkuje)? W obronie prawa do życia dzieci, o których i tak wiadomo, że nie przeżyją narodzin? Bo kobieta jest przydatna jedynie jako inkubator, więc niech rodzi, choćby miała przy tym umrzeć? Bo nie została dość skrzywdzona przez gwałciciela? Niech ma w dziecku żywą pamiątkę po oprawcy!
W imię czego? – pytam. Spokoju sumienia biskupów i Jarosława Kaczyńskiego, których przecież ten problem nigdy nie dotknie bezpośrednio? Cóż jak nie podłość pcha niektóre kobiety do popierania tych poczynań?

Faktem jest, że nigdy w pełni nie zrozumiem, jak czuje się kobieta stojąca przed dylematem aborcji, więc nie mam zamiaru mądrzyć się na ten temat.

Jednakże bojąc się o moje demokratyczne prawa, nie rozumiem, dlaczego indywidualne sumienie każdego z nas próbuje się zastąpić zbiorowym sumieniem polityków i episkopatu. Rozumiem oczywiście, wynikającą z wiary troskę o życie poczęte, ale wiara jednych nie może być obowiązkiem tych, którzy jej nie podzielają. W przeciwnym razie bardzo zbliżymy się do państw wyznaniowych, muzułmańskich, od których odżegnują się nawet zwolennicy obozu rządzącego.

Wyjątkowo obłudnie brzmią w tym kontekście zapewnienia prezydenta Dudy i premier Szydło, że z polską demokracją nie dzieje się nic złego. W rzeczywistości bowiem rząd rości sobie prawo do podejmowania decyzji za obywateli w ich osobistych, prywatnych sprawach, jakby wygrana w wyborach i pretekst większości uprawniały do odebrania nam indywidualnego prawa do samostanowienia.

Każda próba odebrania społeczeństwu wolnej woli i prawa wyboru uderza więc bezpośrednio w samo serce naszej demokracji.

Jeśli kobiety i mężczyźni nie mogą sami decydować o tym, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci, jeśli odbiera się kobietom możliwość decydowania o własnym ciele, to jak mają decydować o sprawach wagi państwowej, na przykład podczas wyborów prezydenckich lub parlamentarnych?

Obecne prawo, błędnie nazywane „kompromisem” – decyzję podjęli politycy z biskupami, kobiet nikt nie pytał o zdanie – jest wyjątkowo restrykcyjne. Proponowane zmiany cofną nas jednak bardzo realnie o ponad 100 lat, do czasów, w których kobiety pozbawione były praw wyborczych.

Jest to o tyle wymowne, że wsparciem dla tej polityki i jej podżegaczem jest Kościół, którego stosunek do kobiet wyraża się między innymi w twierdzeniu, że powinny być poddane mężczyznom. Nikt nie powinien się chyba dziwić, że w końcu doszło do sprzeciwu, jak tego wyrażonego przez Annę Zawadzką jej ostentacyjnym wyjściem ze świątyni.

Nie ma się co bulwersować, że zbezczeszczono miejsce święte, gdyż to kościelna hierarchia najpierw zaczęła się wtrącać do świeckiej polityki, a potem wprowadziła ją do kościołów, naruszając zarówno porządek sacrum jak i profanum. Kłopot w tym, że polityka w demokracji opiera się między innymi na debacie, a Kościół nigdy nie był instytucją demokratyczną i dyskusja jest w nim praktyką zupełnie obcą. Stąd oburzenie na protest wobec słów biskupów.

Skoro jednak Kościół postanowił grać w politykę, to powinien zaakceptować jej zasady i otworzyć się na dyskusję na swoim łonie. Może pomogłoby to rządowi w przekonywaniu (bardziej chyba siebie niż nas), że demokracja ma się w Polsce dobrze?

poniedziałek, 21 marca 2016

Pluralizm, dualizm, prezes


Dawno nie napisałem niczego nowego. Każdy kolejny dzień obfituje w coraz bardziej absurdalne wydarzenia i zwyczajnie nie nadążam z komentowaniem. Koniec 2015 i początek 2016 roku to żywa realizacja moich przewidywań z roku 2014. Wówczas pisałem w kontekście kampanii, a dziś jednomyślna jednowładza stała się rzeczywistością. (A przynajmniej próbuje nad naszą rzeczywistością zapanować).


Ta nowa władza ma jednak problem z widzeniem i interpretowaniem rzeczywistości. Władza zapomniała, że nawet wygrana w wyborach (zwłaszcza przy tradycyjnie niskiej frekwencji) nie gwarantuje pełnego społecznego poparcia, choć podobno to właśnie owo poparcie popycha rząd Prawa i Sprawiedliwości do kolejnych kontrowersyjnych działań i wypowiedzi.

Brak faktycznego poparcia nie jest oczywiście dla PiSu żadnym problemem. Wszelkie słowa krytyki pod swoim adresem partia rządząca komentuje niezmiennie jako zdradę lub tęskne pokrzykiwania oderwanych od koryta, co zresztą na jedno wychodzi. Kłopot w tym, że jakakolwiek inna narracja obnażyłaby słabość PiSu. 8 lat rządów Platformy Obywatelskiej i polsko-polskiej wojny o władzę doprowadziły bowiem do przedziwnej sytuacji, w której demokratyczny pluralizm, o który Polki i Polacy walczyli do roku 1989, zastąpiono dwiema partiami prawicowymi, gdzie lewica została zmarginalizowana (co dobitnie pokazały ostatnie wybory), a opozycję dla prawicowego rządu stanowi… prawica. To dzięki tej polaryzacji PO wygrywała kolejne wybory (straszenie PiSem). Tylko ten dualizm sprzyja mitowi założycielskiemu obecnego rządu o powszechnym poparciu, bo Kto nie jest z PiSem, ten jest za powrotem skorumpowanej Platformy, bo pewnie sam też jest skorumpowany. Stąd bardzo blisko do genów zdrady i opowieści o oderwanych od koryta. To dlatego właśnie politycy partii rządzącej przekonują, że i Nowoczesną, i Komitetem Obrony Demokracji sterują politycy Platformy Obywatelskiej i nigdy nie przyznają, że istnieją inne partie polityczne lub niezależne ruchy społeczne. A przynajmniej nigdy nie uznają ich za pełnoprawnych uczestników polskiego życia politycznego.
 
Nawet gdy Marek Magierowski z Kancelarii Prezydenta, wspierany przez Jacka Sasina, zapewniał u Moniki Olejnik, zresztą zgodnie z prawdą, że nie ma czegoś takiego jak prawica, mówiąca jednym głosem, to trudno odebrać to jako zaakceptowanie pluralizmu w polskiej polityce. Ta sama prawica utożsamia bowiem całą lewicę z komunistami, podsycając przy każdej okazji historyczne urazy i wymazując tym samym z powszechnej świadomości jakąkolwiek alternatywę dla PiSu i PO.

Choć brzmi to dość abstrakcyjnie, wydaje się, że jest to bardzo świadomie prowadzona gra psychologiczna, która ma doprowadzić do całkowitego jednowładztwa. Po mentalnym wyeliminowaniu lewicy, przyjdzie kolej na ostateczne zdyskredytowanie Platformy Obywatelskiej, co ostatecznie usankcjonuje niekontrolowane rządy Prawa i Sprawiedliwości, w imię hasła Wola partii wolą narodu, bo przecież innej partii nie będzie.

Sprawa Trybunału Konstytucyjnego służy zresztą temu samemu: zlikwidowaniu kontroli nad poczynaniami władzy. Jarosław Kaczyński zapowiedział już nawet, że kolejnych orzeczeń Trybunału, czy, jak powiedział, opinii, uznawał nie będzie. Zagroził też sądem Beacie Szydło, jeśli ta jednak doprowadzi do publikacji wyroku z 9 marca, gdyż, jego i PiSu zdaniem, został on uchwalony niezgodnie z prawem, czyli z ustawą PiSu, którą Trybunał uznał za niezgodną z Konstytucją. Politycy partii rządzącej powtarzają przy tym jak mantrę hasło o domniemaniu konstytucyjności. A gdzie było domniemanie konstytucyjności, gdy Prezydent Duda odmawiał, bo partii wydawało się, że zostali wybrani w sposób niewłaściwy, zaprzysiężenia sędziów wybranych w poprzedniej kadencji Sejmu?

Śmiało można więc powiedzieć, że z dniem przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, prawo przestało w Polsce obowiązywać. Liczą się odtąd tylko jednostkowe opinie prezesa. Zresztą, zawsze liczył się tylko prezes. Prawo i Sprawiedliwość nie jest wcale partią ideową, za jaką oficjalnie chce uchodzić. To partia kultu jednostki. Widać to bardzo wyraźnie podczas kolejnych miesięcznic katastrofy smoleńskiej. Jest rzeczą absolutnie odrażającą, że tragedię prawie setki ludzi i ich rodzin od sześciu lat, co miesiąc zamienia się w spektakl jednego zawistnego i żądnego władzy człowieka. Nikt tak bardzo nie hańbi pamięci ofiar, jak Jarosław Kaczyński, bo, oglądając jego wystąpienia, ma się wrażenie, że te comiesięczne uroczystości organizowane są tylko dla niego. Choć może nie on jest temu winny, a ci, którzy mu na to pozwalają. W najbliższą rocznicę, 10 kwietnia, ma ich być podobno milion. W tym momencie nic nie zasmuca mnie bardziej.

W 2014 roku pisałem, że Polacy nie rozumieją demokratycznych wartości, wolności i równości, bo polską dewizą jest Bóg, honor, ojczyzna, a Boga demokratyczne zasady i świeckie prawo nie obowiązują. Teraz odnoszę wrażenie, że to Jarosław Kaczyński chce być tym bogiem. Obawiam się też, że kolejny 10 kwietnia tylko go w tym utwierdzi.

sobota, 9 stycznia 2016

Przestępcy religijni, czy religijni przestępcy?


W ostatnich miesiącach wszyscy nagle stali się ekspertami od islamu i Koranu, zwłaszcza ci, którzy świętej księgi religii mahometańskiej nigdy w ręku nie trzymali, a podejrzewam, że do Biblii też nie zaglądają.


Wypowiadają się więc oni wszyscy na temat wyższości chrześcijaństwa nad islamem, powołując się przy tym na wersety z Koranu o gwałtach i zabijaniu niewiernych, ale żaden się nie zająknie, że takie same zapisy bez trudu odnajdujemy w Piśmie Świętym. Ciekawe, że za dobrych chrześcijan uważają się ci, którzy Biblię albo ignorują, albo wybierają z niej tylko te fragmenty, które im akurat pasują do narracji, twierdząc przy okazji, że Pismo Święte to księga symboliczna, metafora, przypowieść, natomiast za dobrego muzułmanina, wręcz wzór cnót islamu, biorą oni religijnych fanatyków, którzy postanowili odczytać Koran aż nazbyt literalnie. Ten brak konsekwencji w ocenie niestety tylko „ekspertów” ośmiesza.

Ci którzy najgłośniej krzyczą dziś o noworocznych incydentach w Niemczech, mają w nosie los poszkodowanych kobiet (gdyby sprawcy wywodzili się z innej grupy etnicznej, utrzymywaliby pewnie, że kobiety same się prosiły i prowokowały). Z doniesień o zdarzeniach wyciągają tylko informację o śniadej skórze sprawców, z czego wnioskują, że byli to muzułmanie. Nawet jeśli tak było, to co z tego? Co wnosi taka informacja do sprawy? Czy muzułmanie dokonali rytualnych gwałtów? Czy niemieckie wydarzenia mają jakikolwiek związek z islamskimi obrzędami religijnymi?

Domagam się konsekwencji! Niech media podają religię każdego przestępcy. Stylistycznie też przydałoby się to wielu dziennikarzom, bo ileż razy można w artykule pisać np. „młody mężczyzna”, albo „trzydziestolatek”! Mamy więc kolejne określenie sprawcy, które pomoże uniknąć brzydkich powtórzeń: „Trzydziestolatek miał dostarczać dopalacze i narkotyki. Substancje psychoaktywne zostały zabezpieczone, a chrześcijanin zatrzymany”. Brzmi głupio? Tak samo jak o muzułmańskich gwałcicielach.