czwartek, 11 stycznia 2018

O wolnej woli i ubezwłasnowolnieniu - czyli aborcja znów w Sejmie

10 stycznia 2018 sprawa aborcji wróciła do Sejmu pod postacią dwóch obywatelskich projektów – jednego liberalizującego prawo do przerwania ciąży i drugiego, zaostrzającego istniejące przepisy, jedne z najbardziej restrykcyjnych w Europie.


Pierwsza propozycja, wniesiona przez komitet Ratujmy Kobiety przedstawiona została przez Barbarę Nowacką w wyjątkowo merytorycznym i wyważonym przemówieniu, którego słuchało na sali obrad 12 (tak, dwanaście) osób! Dwanaście – to liczba posłów i posłanek, którzy wyrazili zainteresowanie treścią projektu ustawy. Czy ta liczba ma znaczenie? Przecież najważniejsze, że podczas głosowania sala była niemal pełna. Otóż nie. Sejm nie jest jedynie maszyną do głosowania. Dyskusja nad projektami ustaw to wyjątkowa okazja do zapoznania się z ich treścią i uzasadnieniem. Bo czy można wierzyć, że wszyscy posłowie i posłanki faktycznie czytają teksty, które są im dostarczane, że je właściwie rozumieją? Ich obowiązkiem jest wysłuchać wniosku, zwłaszcza gdy chodzi o wniosek obywatelski.

Przemówienie Barbary Nowackiej warte było wysłuchania. Niestety nawet osoby obecne w ławach sejmowych nie wykonały tego wysiłku, co pokazały w dalszej części obrad, wyrażając opinie, które niewiele miały wspólnego z przedstawionym projektem, głosząc kłamstwa na jego temat, odrzucając fakty i próbując zmanipulować opinię społeczną. Na merytoryczną i spokojną dyskusję, którą otworzyła Barbara Nowacka, odpowiedziano fałszem i ideologicznymi pokrzykiwaniami.

Trzeba tu też wspomnieć o drugim projekcie, przedstawionym przez Kaję Godek, która, z nieznanych mi powodów, zamiast uzasadniać własny projekt, atakowała, powielając te same kłamstwa i manipulacje, propozycję komitetu Ratujmy Kobiety. Biorąc to pod uwagę, pozwolę sobie wczorajsze debaty skomentować jako całość.

Sejmowa dyskusja dotyczyła w gruncie rzeczy wyboru: wyboru pomiędzy daniem kobietom prawa wyboru, prawa do decydowania o własnym życiu, ciele i losie, a narzuceniem im – wszystkim, niezależnie od poglądu, wiary itp. - umotywowanej religijnie woli kościelnych hierarchów i ich zwolenników. Nie oszukujmy się, nawet podczas debaty posłowie prawicy powoływali się na opinie odwołujące się do Boga i religijnych dogmatów. Mają oczywiście do tego prawo i absolutnie nie mam zamiaru ich za to piętnować. Szkoda tylko, że nie mieli dość uczciwości (i że nie miała jej Kaja Godek), by jasno i wyraźnie ogłosić: „Tak, chcemy, aby zasady religii, którą wyznajemy były w świeckim państwie prawem obowiązującym również tych, którzy jej nie podzielają”. Szkoda.

Mówili zamiast tego bardzo dużo o zwolennikach aborcji, używając skandalicznego języka (na końcu link do stenogramów), obrażającego kobiety, ich rodziny i lekarzy, mówiąc o eksterminacji, selekcjonowaniu, czy wręcz polowaniu na dzieci do zabijania, co miałoby być głównym celem i zajęciem służby zdrowia. Co więcej, pani Godek i jej zwolennicy sugerują swoimi wypowiedziami, że propozycje proaborcyjne zagrażają uśmierceniem osób żyjących z niepełnosprawnością, co jest wyjątkowo haniebną manipulacją.

Tymczasem Barbara Nowacka zaproponowała rzecz niezwykle prostą i, zdawałoby się, oczywistą w państwie demokratycznym: dajmy kobiecie wybór. Jeśli mamy konstytucyjnie zagwarantowaną równość obywateli i obywatelek oraz wolność, prawo do ochrony życia prywatnego, rodzinnego oraz do decydowania o swoim życiu osobistym, to niech nikt, w imię własnego światopoglądu, kobiety nie zmusza do postępowania wbrew jej przekonaniom. Prawo wyboru, co powtarzam od lat i powtarzał będę, jest podstawowym prawem demokratycznym. Skoro jesteśmy wolni w wyborze naszych reprezentantów w parlamencie, to musimy też być wolni w wyborze, czy, ile i kiedy chcemy mieć dzieci.

Oczywiście, i na to też Barbara Nowacka i wiele innych osób zwróciło uwagę, najlepiej, żeby ten wybór nie dokonywał się przez aborcję. Ja naturalnie też się z tym zgadzam. Jasne, lepiej żeby aborcji nie było. A zatem lepiej, żeby nie było niechcianych ciąż. Ale nie można, jak to robią hipokryci pokroju posłów partii rządzącej, mówić o darze macierzyństwa i zakazie aborcji, gdy jednocześnie parlament i rząd są przeciwnikami antykoncepcji (z tych samych, zresztą, religijnych pobudek)! Nie można mówić o świadomym macierzyństwie, gdy parlament i rząd odrzucają wiedzę i edukację! Te kwestie również chciał regulować projekt Ratujmy Kobiety.

Co zaś się tyczy aborcji z powodu nieuleczalnych wad czy trwałego uszkodzenia płodu, której zakaz i tak skazuje noworodki na niemal natychmiastową śmierć lub długą i bolesną wegetację, nie mają moim zdaniem racji zwolennicy zakazu aborcji, gdy mówią o szpitalach zamienianych w rzeźnie i wykazują się szczególnym brakiem empatii, wciągając w tę dyskusję osoby niepełnosprawne i insynuując, jak już wspomniałem, że legalna aborcja prowadzi do ich mordowania.

Zarodek czy płód o niewykształconych narządach, a przez to niezdolny do samodzielnego życia poza organizmem matki, nie jest dzieckiem, a medycyna nie zna pojęcia „dziecka nienarodzonego”. Tym razem dyskusja nie zatrzymała się na definicjach. Wiadomo, że obie strony sporu o aborcję nigdy nie dojdą w tej kwestii do porozumienia, dlatego prawo wyboru jest jedynym możliwym, zdroworozsądkowym kompromisem. Jego zaletą jest to, że można z tego prawa nie skorzystać. Każda kobieta powinna mieć prawo do podjęcia tej decyzji  w zgodzie z własnym sumieniem. Takie prawo miała Kaja Godek, a teraz próbuje je odebrać wszystkim innym kobietom. To  nie jest, i nikt nie twierdzi inaczej, decyzja łatwa. Ale to jeszcze nie powód, by grupa posłów wespół z episkopatem mieli zdejmować z kobiet jej ciężar.

Znamienne, że ci, którzy odwołują się tak często do mitycznej polskiej religijności (jako leku na całe zło), tak instrumentalnie traktują religię, próbując jej zalecenia uczynić prawem obowiązującym, z jednej strony wykazując brak zaufania do współwyznawców (a nawet traktując ich jak ubezwłasnowolnionych idiotów, niezdolnych do podejmowania samodzielnych decyzji), z drugiej, zmuszając do postępowań zgodnych z ich religią wszystkich, którzy jej nie wyznają. I są to te same osoby, które przestrzegają przed islamem, który rzekomo cokolwiek chce nam narzucić wbrew naszej woli!

Czyżby więc ludzie kościoła i prawicy wątpili w pobożność Polek i Polaków i w to, że społeczeństwo ceni i słucha słów Jana Pawła II, skoro chcą ustawami regulować wszystkim życie zgodne z nauką Kościoła? Czyż to nie jest wyjątkowa obłuda?

Posłowie i kler nie mogą zastępować indywidualnego sumienia każdego obywatela i każdej obywatelki. Wolna wola to przymiot, o którym również napisano w Biblii.

Ten wybór jest trudny, ale jest to wybór ważny, którego powinna dokonać kobieta, bo to przecież ona będzie to dziecko rodzić, ona będzie musiała się nim zająć. To ona musi wiedzieć, czy stać ją na to fizycznie i psychicznie i nie wolno nikomu winić jej za to, że na takie męczeństwo się nie zgodzi. Wiele kobiet się zgodzi, jak Kaja Godek, i będą z macierzyństwa czerpały radość. Chwała im za to. Ale nie wszystkie muszą. Ani do macierzyństwa, ani do heroizmu nie wolno, po prostu nie wolno nikogo zmuszać, bo to jest najzwyklejsza podłość. I pomoc państwa (o której wciąż się mówi, że jest za mała), jakkolwiek byśmy jej nie zwiększyli, tego nie zmieni. Czy kobieta dostanie 4 tysiące, czy 20, jeśli psychicznie nie będzie miała sił, by zająć się swym wegetującym noworodkiem, to żadne pieniądze tego nie zmienią. Natomiast zmuszanie jej do urodzenia dziecka z tragicznymi, nieuleczalnymi wadami, po to by zamknąć je w ośrodku to nic innego jak tworzenie nowych obozów koncentracyjnych.


Projekt Ratujmy Kobiety przepadł, gdyż część posłów tak zwanej opozycji postanowiła nie wziąć udziału w głosowaniu. Do dalszych prac w komisji skierowano tekst Kai Godek. Może to dobrze? Społeczeństwo znów się zmobilizuje, a to istotne w roku wyborczym. Pozwoli też na dalsze prowadzenie publicznej debaty, co zapewne przyczyni się do upowszechnienia rzetelnej wiedzy na temat aborcji, antykoncepcji i edukacji seksualnej, co jest niezbędne nawet w Sejmie, gdyż parlamentarnej większości ewidentnie brakuje merytorycznych argumentów.

Kobiety o swoje prawo wyboru będą dalej walczyć, między innymi poprzez prawo wyboru, które wywalczyły w 1918. Ratujmy kobiety, bo można je uratować. Dla obecnej opozycji sejmowej nie ma już po wczorajszym głosowaniu ratunku.

wtorek, 9 stycznia 2018

Nowy rząd, stara polityka i duchowe wzbogacenie

Rekonstrukcja rządu stała się faktem. Można się oczywiście cieszyć, że najbardziej kontrowersyjni ministrowie, ci którzy przez dwa lata nie mieli wytchnienia w kompromitowaniu Polski, żegnają się z dotychczasowymi stanowiskami. Tylko czy te personalne zmiany zapowiadają również zmianę polityki, która, jak wiadomo, dzieje się przede wszystkim na Nowogrodzkiej?


Rząd w nowej odsłonie wolny od kontrowersji i kompromitacji nie jest. Mariusz Błaszczak, który wsławił się m.in. tym, że nie dostrzega w Polsce przestępstw z nienawiści, ba!, nawet faszystowskich transparentów na Marszu niepodległości nie zauważył, stanie teraz na czele Ministerstwa Obrony Narodowej. Służby pod jego rządami w MSWiA zaliczały wizerunkową wpadkę za wpadką. Czy będzie Mariusz Błaszczak godnym następcą Antoniego Macierewicza? Można przypuszczać, że skompromituje wojsko tak, jak skompromitował policję. Czy armię opuszczą kolejni doświadczeni wojskowi (z tych, którzy z jakiegoś powodu jeszcze się za Macierewicza ostali)? Czas pokaże.

A co z Macierewiczem? Smoleńsk się kończy – ostatnia miesięcznica zapowiedziana jest przecież na kwiecień 2018. Alternatywne śledztwo nie udowodniło tez o zamachu. Wrak samolotu nie wrócił do kraju. Jarosław Kaczyński wie, że to paliwo się wyczerpało, a smoleńska religia od samego początku oparta była na kłamstwie. Macierewicz nadawał się tylko do bycia jej twarzą – nikt inny nie był dość szalony i nieobliczalny, by firmować ją swoim nazwiskiem. Jego pozycja jako ministra miało ją też uwiarygodnić, ale okazało się, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie tylko katastrofą się zajmuje, co doprowadziło do kompromitacji resortu na wielu płaszczyznach, a nawet otwartego konfliktu ministra z prezydentem – zwierzchnikiem sił zbrojnych. Odwołanie Macierewicza to niewątpliwy sukces Andrzeja Dudy, choć nie jest to żaden powód do radości. Zapewne jest to cena, jaką Jarosław Kaczyński musiał zapłacić za podpis prezydenta pod reformami sądownictwa.

Sam Antoni Macierewicz na pewno nie da o sobie zapomnieć i nie pozwoli znów się zepchnąć na polityczny margines. Jarosław Kaczyński też mu na to nie pozwoli, gdyż Macierewicz przemawia do sporego grona wyborców PiS-u.

Pozostaje jeszcze kwestia MSWiA po odejściu Błaszczaka. Zmiana tutaj też nie napawa optymizmem. Nadzór nad policją będzie miał Joachim Brudziński, ten sam, który bardziej przypomina zwykłego ulicznego zadymiarza (wystarczy wspomnieć prowadzone przez niego protesty za rządów Platformy Obywatelskiej), niż polityka, ten sam, który w kierunku protestujących w obronie Trybunału Konstytucyjnego dokończył, rzucone przez Kaczyńskiego hasło: „Cała Polska z was się śmieje… komuniści i złodzieje” (13 grudnia 2015). Zawsze posłuszny i zawsze w najbliższym otoczeniu prezesa PiS, na pewno z jeszcze większą żarliwością będzie „zabezpieczał” partyjne demonstracje i antyrządowe protesty.

Kolejna dobra zmiana nastąpiła w Ministerstwie Zdrowia, głównie chyba ze względu na ostatnie kłopoty służby zdrowia i wyjątkową niepopularność ministra Radziwiłła. O nowym ministrze zdrowia niewiele dziś można powiedzieć. Czy to tylko zmiana twarzy na taką, która jeszcze się źle nie kojarzy, czy zapowiedź faktycznego dialogu w celu poprawy sytuacji pacjentów i lekarzy?

Ostatnią głośną zmianą jest oczywiście oczekiwane od dawna odejście Witolda Waszczykowskiego. Jego kompromitujące wpadki były oczywiście śmieszne i pogrążały polską dyplomację, nadając jej wizerunek szczególnie niekompetentnej. Ale pamiętać należy, że to nie on doprowadził do skonfliktowania Polski z jej demokratycznymi partnerami. Polityka zagraniczna nie jest przecież tworzona w ministerstwie, więc nawet jeśli nowy minister uniknie błędów i śmieszności poprzednika, raczej naszych relacji z Unią Europejską nie poprawi.


Trudno nie odnieść wrażenia, że dzisiejsza rekonstrukcja rządu służyć ma głównie ociepleniu wizerunku, a nie rzeczywistej chęci zamiany polityki. Wygląda to tak, jakby Prawo i Sprawiedliwość rozpoczynało kampanię wyborczą – wtedy zawsze Jarosław Kaczyński chowa najbardziej nieudolnych i niepopularnych towarzyszy. Mateusz Morawiecki skomentował powołanie nowych ministrów w sposób dla siebie typowy, siląc się na poetyckie porównania, na wzór wielu wybitnych europejskich polityków i polityczek, co jednak wychodzi mu dość siermiężnie. Co ciekawe, zapowiedział, że Polacy będą się bogacić… duchowo. Rząd z takimi specjalistami na pewno nam w tym pomoże.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Nowy rok, stare kłamstwa

Prawo i Sprawiedliwość działa sprawnie i szybko.W czwartek rano, 7 grudnia, Beata Szydło wybroniła się przed wotum nieufności zgłoszonym przez Platformę Obywatelską, a wieczorem została odwołana przez własną partię.Po jej czwartkowym wystąpieniu w Sejmie chciałem napisać do niej list otwarty. Nie zdążyłem, a niespełna tydzień później mieliśmy nowego premiera.


Czy jednak Mateusz Morawiecki jest dobrą zmianą? Jego exposé pozwala w to wątpić – było równie obłudne i niewiarygodne, choć może subtelniejsze, co wcześniejsze wypowiedzi Beaty Szydło.
Premier Morawiecki oparł swoje exposé na kłamstwie. Hipokryzja PiS-u obnażana była już wielokrotnie. Ja również nie potrafię milczeć, przyzwoitość mi nie pozwala nie zająć stanowiska, gdyż stężenie obłudy osiągnęło w ostatnim miesiącu wyżyny.

Zaczęło się od tweetu Beaty Szydło, która po nocnym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim, na którym, jak mówią, ważyły się losy jej i rządu, napisała:


Praktycznie każde słowo w tym tweecie to kłamstwo lub manipulacja.
  • „najważniejsza jest Polska” – PiSod dwóch lat szkodzi Polsce wewnątrz, kłócąc Polaków, i na arenie międzynarodowej, ośmieszając i izolując Polskę w Europie i na świecie. Polska jest najważniejsza to hasło megalomanii i nacjonalizmu, których skutki znamy z przeszłości.
  • „Dbająca o rodzinę” – a wciąż pozostawiająca samym sobie mnóstwo rodzin, które nie przypominają tej z jedynego słusznego modelu, wymyślonego przez partię. Przez religijne dogmaty państwo odmawia dziesiątkom tysięcy dzieci i ich rodzicom ochrony. Nie dba o rodzinę pisowska Polska, która likwiduje państwowe programy in vitro, która odmawia finansowania organizacjom kobiecym i przeciwdziałającym przemocy domowej.
  • „wartości” – nie precyzuje jednak pani premier, o jakie wartości chodzi. Rząd Beaty Szydło nieustannie deptał wartości demokratyczne, wolność i uczciwość.
  • „bezpieczna” – jak może Polska być bezpieczna, gdy ministerstwem obrony kieruje szaleniec z obłędem w oczach, obracający Polskę przeciw jej europejskim przyjaciołom? Jak polacy i Polki mogą być bezpieczni, gdy rząd ignoruje marsz faszystów przez centrum stolicy, a policję nasyła na pokojowe demonstracje w obronie zasad demokratycznych?
  • „wyrosła na fundamencie chrześcijańskim” – PiS lubi się do chrześcijaństwa odwoływać. Na przykład przepisy antyaborcyjne chce zaostrzyć, powołując się na Kościół właśnie i z księżmi i biskupami mówi w tej sprawie jednym głosem. Ale chrześcijańskiego miłosierdzia nie chce okazać uchodźcom, wbrew nawet słowom samego papieża. Rozdwojenie jaźni, czy cyniczne i instrumentalne wykorzystywanie religii do celów politycznych? Dziwne, że ktoś się jeszcze na pobożność polityków nabiera.
  • „tolerancyjna i otwarta” – tolerancyjna dla nietolerancyjnych rasistów, ksenofobów, nacjonalistów, homofobów… Nie jest jednak otwarta dla tych, którzy uciekają przed wojną. Nie jest tolerancyjna, gdy władze nie reagują na mowę nienawiści i na czyny nienawiści wymierzone przez faszystów wspieranych przez rząd.
  • „nowoczesna i ambitna” – cofająca nas politycznie do PRL-u i jednowładztwa, w której edukacja zamieniona zostaje na religijną indoktrynację, polegającą na zaprzeczaniu odkryciom naukowym i stanowi współczesnej wiedzy.
  • „to mój kraj” – nie, Polska nie jest niczyją własnością, choć PiS próbuje ją gwałtem zawłaszczyć od dwóch lat. Nawet Konstytucja, już w pierwszym artykule zaznacza, że „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”. Ale co też ja piszę… Konstytucja!
  • „Przykład dla Europy i świata” – dlatego Europa i świat od dwóch lat nawołują polski rząd do opamiętania się i ostro piętnują kolejne przejawy zbaczania Polski z drogi, którą podążają demokratyczne państwa prawa. Ale może faktycznie rządowi PiS zależy bardziej na opinii dyktatur i rządów autorytarnych?
  • „Tacy jesteśmy Polacy” – Polacy nie są PiS-em i najwyższy czas, by rząd to zrozumiał, bo powinien reprezentować wszystkich, a nie tylko swoich wyborców. Tak, Polacy są otwarci i tolerancyjni, nowocześni i ambitni, dbający o wartości i rodziny, wyrośli na fundamentach różnych wyznań, religii i prądów myślowych. To wszystko ma się jednak nijak do działań i polityki Prawa i Sprawiedliwości, które konsekwentnie są zaprzeczeniem tego, o czym napisała Beata Szydło.

Ten festiwal obłudy kontynuowała pani Szydło, gdy grzmiała z mównicy sejmowej, broniąc się przed wotum nieufności. Swoje wystąpienie również rozpoczęła od kłamstwa, o kłamstwo równocześnie oskarżając posłów Platformy Obywatelskiej.

„Wniosek [o wotum nieufności] złożyła partia, z której wywodzą się europosłowie, którzy w Parlamencie Europejskim głosowali przeciwko Polsce” – mówiła, sugerując, że Polska i polski rząd, działający w sposób sprzeczny z Konstytucją RP są tożsame.
To nie wniosek Platformy obraża inteligencję Polaków, jak stwierdziła Beata Szydło, ale właśnie jej wystąpienie.

Dalej PBS pytała o to, komu zależy na destabilizacji Polski, kogo reprezentuje opozycja, bo PiS, jej zdaniem, reprezentuje Polaków.
Takie szukanie zewnętrznych wrogów to żadna nowość w ustach polityków PiS. Ale to też retoryka typowa dla PRL-u i stanu wojennego, których mentalnym spadkobiercą jest przecież Jarosław Kaczyński, co nawet ja bez trudu wykazałem wielokrotnie. Jednak tu również pani premier skłamała, twierdząc, że reprezentuje Polaków. W rzeczywistości mniej niż 20% uprawnionych do głosowania oddało swój głos na Prawo i Sprawiedliwość. Dla tej garstki swoich wyborców, których partia rządząca nazywa dumnie suwerenem, Beata Szydło uważa, że może ignorować resztę społeczeństwa. Zresztą politycy PiS-u niejednokrotnie już opozycję, a nawet tych obywateli, którzy na obecną większość parlamentarną nie głosowali, nazywali zdrajcami, odmawiali im patriotyzmu, a wręcz wykluczali ich z narodu. Polakami są więc według Prawa i Sprawiedliwości jedynie zwolennicy partii rządzącej. Chwilę później ta sama premier Beata Szydło apelowała do opozycji: „zacznijmy razem działać na rzecz ojczyzny. Dość awantur, dość szkodzenia”. Wybrzmiało to wyjątkowo obłudnie.

Mateusz Morawiecki nie zaprezentował się wcale lepiej w swoim exposé. On również mówił o budowaniu wspólnoty i o jedności ponad podziałami.
Nowy premier rozpoczął swe przemówienie od opowieści o tożsamości. Niestety oparł się wyłącznie na przeszłości (potraktowanej zresztą wybiórczo) i tej tak charakterystycznej dla prawicy tęsknocie za tym, co minęło.
O ile duma z historii i dokonań naszych przodków jest jak najbardziej chwalebna, o tyle ciągłe odwoływanie się do czasów minionych, jako lepszych, to zjawisko niebezpieczne, choć typowe dla władzy, o której mówi się przecież, że cofa nas w warstwie prawnej, mentalnej i społecznej do przeszłości.

Morawiecki przekonywał, że nie chce państwa, „które opuszcza swoich obywateli”. Ale przecież to rząd, którego był członkiem, obywateli opuścił, nie prowadził z nimi dialogu, nie potrafił uzasadnić i wyjaśnić swoich postępowań.

Jego exposé pełne było jeszcze wyraźniejszych sprzeczności.

Z jednej strony troska o środowisko i walka ze smogiem, a z drugiej oparcie oparcie energetyki głównie na węglu. Nowy premier głosi zero tolerancji dla przemocy wobec kobiet, a jego rząd i środowisko nie akceptują konwencji antyprzemocowej i odmawiają finansowania organizacji kobiecych.

Wracając do przeszłości, premier Morawiecki mówił:
„Rzeczpospolita to jedna z najwspanialszych tradycji Europy. To jedna z największych tradycji tolerancji i demokracji. (…) Na palcach [jednej] ręki policzyć można państwa, w których tak duża część społeczeństwa przez tak długie wieki mogła się cieszyć wolnością”.
To akurat prawda – mogła. Czas przeszły jak najbardziej uzasadniony. Nie przekłada się to jednak na Polskę współczesną.

Ale jednym z bardziej oburzających momentów tego exposé był fragment o europejskich wartościach. Mateusz Morawiecki udawał, że nie wie, czym są ideały, na których zbudowano europejską wspólnotę i wysławiał w tym miejscu „wartości tradycyjne” i „prawo naturalne”, którym, rzekomo, europejskie wartości zaprzeczają.

W chwilę później premier stwierdził, że ma zamiar zachęcić Polaków do powrotu z emigracji. Niestety zdaje się, że pan premier zapomniał, że wielu z nich wyjechało z Polski właśnie ze względu na te europejskie wartości, na wolność, na równość, których nie doświadczają w kraju. Wypowiedź Mateusza Morawieckiego o wartościach jest ohydna, bo wyraźnie wskazuje, że rząd nadal ma zamiar dzielić Polaków na lepszych i gorszych, wykluczać część społeczeństwa i odmawiać jej równych praw. Nie ma sensu owijać w bawełnę: zawsze gdy prawica mówi o „prawie naturalnym”, chodzi o uzasadnienie dla homofobicznej dyskryminacji.

Jeśli rechrystianizacja Europy, o której marzy polski premier, ma wyglądać jak polski mariaż polityki z Kościołem, to oczywiście poniesie klęskę, bo Europejczycy cenią prawdziwe wartości, dzięki którym zjednoczona Europa od połowy dwudziestego wieku nie zaznała wojny. Nikt się nie ugnie przed pohukiwaniami polskiego rządu, będącymi jedynie próbą zachowania jego prawa do dyskryminowania obywateli Polski i Europy. Ale sama ta próba jest skandaliczna, tym bardziej, że znalazła swoje miejsce w exposé polskiego premiera.

W nowy rok weszliśmy z nowym premierem, starym rządem i równie starym stylem rządzenia. Rząd kłamał ustami Szydło i kłamie ustami Morawieckiego, by zmanipulować opinię publiczną. Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi bowiem istnieć poza kłamstwem, zaklina rzeczywistość, fałszuje historię, tworzy podziały, które wcześniej w społeczeństwie nie istniały. Pierwszy tydzień nowego roku i sprawa służby zdrowia pokazują, że raczej nie ma sensu liczyć, iż cokolwiek się tu zmieni. Rekonstrukcja rządu już jutro, 9 stycznia. Witaj kontynuacjo.